Kiedy
opuściłam jaskinię, odetchnęłam z ulgą. Nie chodziło o to, że towarzystwo
Vincenta mi ciążyło, ale zaczęłam się obawiać, że będzie chciał się dowiedzieć
więcej. Mówienie o Cruelu naprawdę było dla mnie ciężkie. Ale cóż... zabił mi
rodziców. Osierocił mnie, a teraz chce mnie zabić. Przyjemniaczek z niego. A ja
naprawdę nie wiedziałam o nim zbyt wiele. Tyle na pewno co widziałam w wizjach,
tyle co opowiedział mi Elfias oraz to, czego dowiedziałam się wczoraj.
Wczorajszy dzień. To był jeden z najgorszych dni w moim życiu. Kto by pomyślał,
że w tamtej chwili, gdy walczyliśmy z Cruelem w jaskini, Śmierć czaiła się w
progu, gotowa zgarnąć żniwo? Dreszcz przeszedł mnie na samą myśl o tych gadzich
oczach Cruela. A potem pomyślałam o tym, jak Vincent przyszedł mi pomóc.
Doceniałam to, nawet bardzo. Niewiele osób zdecydowałoby się na walkę z Cruelem
gdyby wiedziało jaki jest straszny. A Vincent wiedział. Mówiłam mu o tym kilka
razy. Ale nie sądziłam, że ta walka wydarzy się tak szybko. Tak bardzo
chciałam, żeby Cruel dał mi spokój... ale przecież to niemożliwe. On chce mnie
zabić. Zanim się zorientowałam, doszłam nad Mizu no Yume. Rozejrzałam się i
usiadłam, wpatrując się tępo w powierzchnię wody. Wiedziałam, że powinnam
szukać zwierzyny, ale nic mi się nie chciało. Wpatrywałam się w swoje oczy
odbite w wodzie. Byłam smutna i przybita. Bardziej wyczytałam to właśnie ze
swoich oczu ni żeby z tego jak się zachowywałam. Nagle usłyszałam jakiś
szelest. Zaczęłam strzyc uszami, ale nie podniosłam łba. Kiedy szelest nie powtórzył
się, westchnęłam. Minuty ciągnęły się strasznie długo, po chwili zamieniły się
w pół godziny bezczynnego siedzenia. Otrząsnęłam się. Vincent był głodny,
musiałam coś upolować. Ale kiedy tylko wstałam, poczułam jak się przewracam.
Naprawdę, wszystko dzisiaj musi być takie trudne? Nawet wstanie stało się dla
mnie wyzwaniem? Rozejrzałam się, szukając przyczyny mojego upadku. Myślałam, że
to jakiś niezauważony przeze mnie korzeń. Ale nie. Czułam na sobie coś
niezwykle ciężkiego, coś co utrudniało mi oddychanie. Po chwili dostrzegłam
różowe futro. Ze zdziwieniem zrzuciłam z siebie basiora pokrytego takim właśnie
włosiem. Potrząsnęłam łbem, myśląc, że to był przypadek. Ale kiedy odwróciłam
się z zamiarem odejścia, poczułam jak wilk łapie mnie za ogon. Odwróciłam się
natychmiast, wyrywając ogon z łap nieznajomego i warcząc groźnie. Warknęłam
dość ostrzej niż się spodziewałam:
- Nie tykaj
ogona! Czego chcesz!?
Nieznajomy różowy patrzył na mnie ze złością.
Jego różowa sierść doprowadzała mnie do ciągłego zwijania się w celu maskowania
śmiechu. Trzy balony na jego udzie były wprost komiczne.
- Ty jesteś
Mavis? - mruknął ze złowieszczym błyskiem w oku, który przyprawił mnie o
kolejną cichą salwę niekontrolowanego śmiechu.
Uniosłam brew, potem łeb i na końcu ogon.
Uśmiechnęłam się lekko i odparłam:
- Rozumiem.
Bawimy się w zgadywanki, tak? Kim jesteś? - dodałam groźnie.
- Pinki Gay
- tamten wyprostował się z dumą, a ja parsknęłam śmiechem. - W każdym razie -
dodał, kiedy zobaczył moją reakcję - trzymaj się z dala od Vincenta.
- To
groźba? - poskładałam się natychmiast, wstając z ziemi, po której przed chwilą
tarzałam się ze śmiechu. - Jeśli tak, to ją zignoruję.
Basior warknął coś i machnął ostrzegawczo
ogonem. A potem odwrócił się i odbiegł, znikając pośród gęstych drzew. A kiedy
zostałam sama, ogarnęło mnie dziwne poczucie strachu. I wtedy między drzewami
dostrzegłam czarny kształt, który przyprawił mnie o nagłe mdłości. Nie było to
nic co znałam, nie było to materialne. Jakby powietrze zabarwiło się, tworząc
coś jeszcze lżejszego od chmury. I nagle zdałam sobie sprawę, że targają mną
zimne dreszcze. Próbowałam się uspokoić, ale dziwny kształt się do mnie
przybliżał. A im był bliżej, tym gorzej się czułam. Zaczęłam chyba popadać w
depresję, gdy nagle tajemniczy kształt zniknął. Za plecami usłyszałam łagodny
głos:
- Mavis?
To niewątpliwie był głos, który znałam. Ale
nie potrafiłam sobie przypomnieć skąd. Odwróciłam niepewnie łeb i ujrzałam
wysokiego, chudego chłopaka (człowieka) o czarnych jak węgiel włosach, bladej
skórze i zielonych oczach. Miał na sobie obcisłe, szare dżinsy oraz czarny
podkoszulek. Patrzył na mnie ciepło, ale się nie uśmiechał. Pokiwałam niepewnie
głową. A potem chłopak przybrał wilczą postać. Nie zmienił się za bardzo -
sierść miał czarną, oczy głębokie, zielone, i z pewnością był ode mnie wyższy.
No i nadal był strasznie przystojny. Przechylił łeb na bok, jak zaciekawione
szczenię i powiedział aksamitnym głosem ociekającym słodkością:
- Nie
pamiętasz mnie? Przecież to tylko ja, Cam.
I wtedy wszystkie wspomnienia wpadły na mnie
jak stado rozwścieczonych trolli. Zaczęłam sobie przypominać skąd go znam -
przecież to syn Cruela. Elfias mi o nim mówił. I kiedyś go już zresztą
spotkałam - był w wiosce tego dnia, gdy musiałam uciec. Teraz patrzył na mnie
figlarnie, z zalotnym uśmiechem na pysku. Pokręciłam łbem, patrząc na niego
podejrzliwie. A potem spytałam, cofając się o pół kroku:
- Co tu
robisz? Zapomniałeś jak skończyło się nasze poprzednie spotkanie?
- Nie... -
przeciągnął to słowo w bardzo kuszący sposób. - Nie zapomniałem. Wtedy właśnie
mój ojciec nasłał na ciebie śmierciożerców.
- Och, taki
drobny szczegół, prawda? - zmarszczyłam brwi.
Chciałam jeszcze coś dodać, gdy nagle na
polanę wpadł Vincent. Był zdyszany i widocznie zmęczony. Kiedy zobaczył mnie w
towarzystwie Cama, zamrugał szybko. A potem zwrócił się do mnie:
- Myślałem,
że coś ci się stało. Bardzo długo cię nie było.
-
Przepraszam, nie chciałam, żeby to się tak przeciągnęło - odparłam, a potem
kątem oka spostrzegłam, że szmaragdowe oczy Cama zamigotały. - To jest Cam. Syn
Cruela.
- Słucham!?
- wykrzyknął Vincent, nie kryjąc oburzenia. - Przecież...
- Moje
towarzystwo może was zabić - wtrącił Cam przesłodzonym głosem. - Ale nie
zamierzam do tego dopuścić. Widzicie... zbyt zależy mi na Mavis, żeby miała
umrzeć.
Postawiłam ze zdziwieniem uszy. Od kiedy mu na
mnie zależy? Zamrugałam szybko kilka razy, próbując poukładać fakty w głowie. A
potem potrząsnęłam łbem i powiedziałam:
- Na pewno
nie możemy tu zostać. Jesteśmy za bardzo na widoku. Pójdziemy do mojej jaskini
i wyjaśnimy sobie co ty tu robisz, Cam - spojrzałam na niego lekko
zdezorientowana. A kiedy to zrobiłam, moje spojrzenie zatrzymało się na jego
szmaragdowych oczach. Te oczy były głębokie i kuszące, i, no cóż, nieco
rozbrajające*. Chciałam przestać się w nie wpatrywać, ale nie mogłam. W końcu
Vincent powiedział:
- A może po
drodze coś upolujemy?
Jego głos wyrwał mnie z otępienia. Spuściłam
wzrok z oczu Cama i mruknęłam:
- Tak, to
dobry pomysł.
<Vincent?>
*Tekst
pochodzi z książki "Upadli".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz