poniedziałek, 8 stycznia 2018

Od Karo cd Ilyi

Jasny gwint. Zdecydowanie totalnie po całości nie było dobrze, zwięźle to ujmując. Widok pomieszczenia powrócił i doskonale widziałam, jak basior kładł się bezsilnie na ziemi. Szybciej w jednym miejscu przenikające drgania wskazywały na ciecz, wartko przenikającą po jego szyi, klejąc przy tym sierść i bezwiednie spływając na podłoże.
Nie, nie, nie, nie, nie.
Nie ma opcji, że mi tu teraz padnie, a mogą się skały posrać!
Wyszłam z całym tankiem, to oddam go też całego, albo przynajmniej w trzech czwartych, aż takim przywoływaczem problemów nie jestem.
Wzięłam głęboki wdech, który miał za zadanie mnie uspokoić, chociaż bardziej sprawił, że nosem wypuściłam obleśny zapach, którym przesiąkało teraz powietrze.
Stanowczo potrąciłam Ilyę vectorem. Leżał bez ruchu. No świetnie. Nie miałam jednak opcji sprawdzić, czy basior w ogóle oddycha, bo coś ruszyło w moim kierunku. A przecież wcale nie miałam wiele czasu! Napastnik, z którym przed chwilą pojedynkował się basior jął dokończyć swoją robotę. Nie wiedział jednak jednego: może i skaleczył mojego towarzysza, ja jednak właśnie odzyskałam najlepszą formę, wzmaganą dodatkowo przez stres i nutkę irytacji, o adrenalinie nie wspominając. Krócej mówiąc, koleś miał przekichane.
Żachnęłam się gwałtownie vectorem, uderzając nim niczym z bicza pod łapami przeciwnika, podcinając go. Upadł na płasko na ziemię, a słowa, jakie z siebie wydobył wskazywały zdumienie.
– Co? – wręcz syknął, a ja słysząc to wbrew własnej woli się zaśmiałam.
– Igrasz z ogniem, kolego – przeciwnik stanął na równe łapy, gotów do kontrataku, a następnie ponownie ruszył w moim kierunku. I może faktycznie ta walka trwałaby długo, czy była by jakkolwiek wyrównana, ale… Ilya walczył z nim wręcz, ja zaś, na odległość. A nie oszukujmy się, z tego miejsca nie stanowił żadnego wyzwania. Podcięłam go po raz ponowny, tym razem ostrzej. Skoczył niczym zając, czując uderzenie, przez co zatoczył się, omal nie wpadając na Ilyę. Zatrzymał się jednak, odepchnięty ponownie przez mój vector, Walka nie wymagała tą razą żadnych dodatkowych mocy. To prawda, byłam niewielka, aczkolwiek ta istota chyba nie za bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić, nie widząc ataków. Cóż za ironia.
Skoro jednak na odległość nasz drogi delikwent nie był problemem, odepchnęłam go gwałtownie na bok, tak, aby uderzył w ścianę. Pochyliłam się nad Ilyą. Oddychał i to dość głęboko, nic nie wskazywało jednak na jego przytomność
– Ilya – syknęłam cicho, ponownie szturchając basiora. W mojej głowie pojawiło się pytanie, czy ja aby na pewno go uniosę. Oczywiście, że nie, głupota. A on na pewno nie wstanie. Tak więc…
Pach, odepchnęłam po raz kolejny natrętnego wroga. Cho.lera, że też musiał akurat teraz tak przeszkazać. Jakby nie rozumiał, że nie wygra z vecto… rami!
– Dzięki! – rzuciłam zadowolona do po raz kolejny uderzonego w ścianę wroga. No tak! Przecież to proste.
~ Mogę wiedzieć, czemu mu dziękujesz? ~ burknęła poirytowana Molly. Wszystkie cztery moje vectory otoczyły brzuch Ilyi, o tyle delikatnie, o ile się dało. Poczułam obciążenie. Nie był to jakiś niesłychany ciężar, jak dla vectorów. Bardziej coś, co na krótszą metę łatwo przenieść, na dłuższą jednak skończysz leżąc plackiem, z wywalonym jęzorem. Miałam nadzieję, że nie czeka mnie ten drugi scenariusz.
Po raz ostatni odepchnęłam natrętnego napastnika, tak, że ten o wiele mocniej przydzwonił w ścianę, dokładając vector spowrotem do basiora. Ruszyłam przed siebie, zdesperowana, aby odejść z Ilyą jak najdalej od niebezpieczeństwa, które najwidoczniej było niesłychanie zdeterminowane. Dopiero, gdy przekroczyliśmy kilka korytarzy zdałam sobie z czegoś sprawę i zaklnęłam gorliwie. Przecież ja nas stąd nie wyprowadzę.
– Ilya, hej! – zawołałam do basiora, z nagłą desperacją, próbując go ocucić, uderzając w pyszczek – Musisz otworzyć oczy, rozumiesz? Jeśli tego nie zrobisz, oboje tu utkniemy. Nie mogę nas wyprowadzić, nie widzę mapy. Hej, chcesz znaleźć tego brata, prawda? Pomogę Ci – potrząsnęłam nim – serio. Tylko otwórz oczy, do cho.lery. Musisz to przetrzymać. No dalej, durny kaszalocie! – Nic. Perfidnie, nic, chociaż oddychał dobrze. Super. Jesteśmy w tak głębokim i ciemnym narządzie wydalniczym, że nawet nie widać, czy to nadal on, a nie jakaś kiszka!
– Karo? – zapytał ktoś. Nie Ilya i na pewno nie Molly. Stanęłam w gotowości, chociaż głos wydał się dziwnie znajomy.
– Kimkolwiek jesteś, nie podchodź, bo pożałujesz! – syknęłam gwałtownie. Jeśli coś wiedziałam, to wiedziałam, że nie dam się tak łatwo wrobić w cokolwiek, a już bynajmniej dać skrzywdzić Ilyi w takim stanie! Głos jednak wydał się nagle rozradowany.
– Tutaj są! – zawołał. Gdzieś w głebi umysłu coś podpowiedziało mi, że to ktoś z watahy. Któryś z naszych. Nadal jednak pozostawałam w ewentualnej gotowości.

< Ilya? Wybacz, że tak długo czekałeś :/ >

niedziela, 24 grudnia 2017

Święta!

Dobry wieczór, wilczki najukochańsze!

Mam nadzieję, że dzisiejszy dzień upływa Wam wszystkim w magicznej, świątecznej atmosferze, jak najweselszej i najpiękniejszej. Dlaczego? Otóż, jak zapewne już wszystkim wiadomo, dzisiaj wypada nam 24  grudnia - a co za tym idzie? Gwiazdka!
Z tej okazji, chciałabym Wam życzyć wszystkiego, co najlepsze, nie tylko na czas trwania Świąt. Rodzinnej atmosfery, smacznego karpia, góry prezentów i mnóstwa pierogów! A przede wszystkim - zdrowia i szczęścia na wszystkie kolejne dni. Spełnienia marzeń, rozwijania pasji, wiader weny i całego zestawu szczerych porządnych uśmiechów, zero smutków czy złości! Mnóstwa śniegu, dni wypełnionych miłością, spędzonych z ludźmi, których kochacie. No i, rzecz jasna, abyście już na zawsze pozostali tą kochaną, najcudowniejszą gromadą na świecie, którą kocham całym sercem! 
Wesołych Świąt, wilczki~!

(tak, to moja cudowna choinka~)

~Ashi

niedziela, 17 grudnia 2017

Od Ilyi cd. Karo

Uderzył z wielkim impetem o ścianę. Wiedział, z której strony nadchodzi atak, ale nie zdążył zrobić uniku, a raczej nie chciał. Oberwał, ale tym samym osłonił przed ciosem waderę, która tylko trochę przechyliła się na bok. Jej dostało się z Ilyi ogona, ale to tylko milusi ogonek, więc nie będzie mogła na to narzekać i jeśli zacznie skarżyć się na ból, basior rozszarpie ją na miejscu. Usłyszał, jak coś strzela, na całe szczęście nie poszła mu żadna kość, a jedynie bąbelki przy stawach, które zgromadziły w sobie gaz, a teraz postanowiły go uwolnić. Wstał na równe łapy i odchrząknął, czując, jak krew podpływa mu do gardła. Po chwili poczuł, że ta postanowiła ograniczyć jego zmysły słuchu i węchu, w uszach mu szumiało, a wokół wszystko pachniało jak ryba. Nie były jednak to tak bardzo poważne obrażenia, żeby posłać Ilyę na drugą stronę lub, żeby zatrzymać go na dłuższą chwilę. Dobrze wiedział, że atak nie wyrządzi mu wielkiej krzywdy, ale nie ukrywam, nie spodziewał się, że poniesie aż takie rany. Spojrzał na Karo, która z braku podparcia w postaci basiora postanowiła zatrzymać się w miejscu. Zmyliło to przeciwnika. Liczył, że wadera przesunie się do przodu i tam wycelował podejrzanym pociskiem, a tak? Rozklaskał się przed jej łapami.
– Podejdź do mnie – powiedział do wadery dość wyraźnie, ponieważ wiedział, że teraz może podążać jedynie za słuchem lub węchem.
Stanął blisko niej i zaczął się rozglądać wokół, nikogo tutaj nie było, nie licząc tej dwójki. Tak się zdawało naszemu bohaterowi, ponieważ nie potrafił dostrzec przeciwnika, a raczej przeciwników. Mieli ciekawą umiejętność przechodzenia przez ściany, podłoże, sufit... przez przedmioty, ale o tym jeszcze nie wiedzieli. Ilya niczego takiego nie dostrzegł, a Karo nie miała okazji, żeby to zobaczyć. Z ciszą wpatrywał się przed siebie i zapytał wadery, czy wszystko jest z nią w porządku. Pokiwała głową, sygnalizując, że jednak wypadałoby zachować większą ostrożność, tym bardziej że towarzystwo wyczuł już wcześniej. Potwierdził jej słowa, nie do końca będąc pewnym, co miała na myśli, wspominając to "wcześniej". Basior ostrożnie postawił krok przed siebie, ale w pewnym momencie się przewrócił. Poleciał prosto na pysk. Wadera nawet nie pomyślała, że może coś takiego się stać, więc stawiała kolejne kroki w myśl kroków Ilyi. Udeptała go, przyprawiając o kolejne bolesne doznania. Jęknął głośno, a wilczyca odrobinę przerażona tym odgłosem, odskoczyła na bok. Wydany dźwięk był tak nagły, że dał radę również wypłoszyć malutkich zbójów, którzy wyskoczyli z kamiennych ścian. Uniósł wzrok do góry i uśmiechnął się chytrze. Niczego nie planował, a zwykły zbieg okoliczności pozwolił mu z łatwością ich dorwać. Podniósł się z ziemi i ruszył na pierwszego odważnego, który postanowił wziąć sprawy w swoje łapy. Doskoczył do Karo, ale zanim zdążył cokolwiek jej zrobić, wadera cofnęła się o krok, robiąc miejsce dla szaraczka.
– A tu cię mam! – zakrzyknął zadowolony.
W zęby chwycił za kitę nieprzyjaciela, który wykazał się niesamowitą prędkością i długością ciała. Złapany nie ruszył dalej i z trudem utrzymał się w pozycji stojącej. Zrozumiawszy, że nie wydostanie się z uścisku, odwrócił łeb i zaczął gryźć wszystko, co popadnie. Był drobny i wątły, ale miał wiele siły w swych malutkich szczękach. Za każdym razem, kiedy wgryzł się w twardszą część ciała Ilyi, próbował złamać to, co mu przeszkodziło.
– Bo... – nie dokończył, ponieważ coś mocno uderzyło go w głowę i został wytrącony ze swojej równowagi, a to, co miał powiedzieć, zupełnie gdzieś wyleciało. Wypuścił przeciwnika i zrobił parę kroków do tyłu, chwiejąc się przy tym na boki. Chciał zrozumieć, co się właściwie stało.
– ILYA! – krzyk wadery robił się coraz cichszy, a on powoli czuł, że ból ustępuje. Usadził się na kamiennym podłożu i odkaszlnął krwią. – Nasze moce wróciły, część z nich na pewno. Zmywajmy się stąd... – Zdała sobie sprawę, że nie będzie to zbytnio możliwe.
– Musisz mi pomóc.

< Karo? Przepraszam, że bez ładu i składu, a w dodatku tyle czasu pisane...  >

czwartek, 14 grudnia 2017

Gazetka "Wilcza Łapa" - wydanie XXII

Witojcie, wilczki najukochańsze!

Cóż, z przyjemnością witamy Was w kolejnym już - bo dwudziestym drugim - wydaniu naszej "Wilczej Łapy", comiesięcznie wydawanej gazetki Watahy Porannych Gwiazd. Przeleciało - jeszcze tylko dwa wydania dzieliłyby nas od obchodzenia dwóch lat jej wydawania. No właśnie, tylko to gdyby.
To brzmi... abstrakcyjnie. Cóż, przyznaję, myślałam o tym kilka razy przez te... dwa i pół roku? - ale ten dzień nadszedł. Nie dziś, nie jutro, ale wataha nieuchronnie zmierza do zamknięcia, a przynajmniej dłuższego zawieszenia. Szerzej o tym będzie powiedziane w oddzielnym poście, który zostanie opublikowany zapewne przed kolejnym wydaniem gazetki. Nawet jeśli miałam cały czas wrażenie, że coś ruszy - może lepiej zachować te wspomnienia o sprawnie działającej WPG-rodzince, niż o blogu, na którym było coraz ciszej? A nuż kiedyś coś jeszcze ruszy?
Tak, winę biorę na siebie ja, Ashita. Odpowiedzialność i wypełnianie planowanych rzeczy to nie są moje mocne strony, a ja nie mam w sobie wystarczająco dużo zaparcia, by to zmienić. I mogłabym teraz wymieniać całą litanię, że zawiodłam, że wszystko, ale chciałam, aby to wydanie było w miarę... optymistyczne, ale no. Cóż, zamknijmy może póki co ten temat.
Nieco weselsze ogłoszenie - niemal rok temu, w Sylwester, na chacie kilka wilczków świętowało hucznie nadejście Nowego Roku, a w przyszłym roku stwierdziliśmy, iż to świetny pomysł, aby w następnym roku też zorganizować takowe spotkanie z jeszcze większą ilością osób. Co Wy na to? Takie nasze... hm, pożegnanie? Nie, to za dużo - przygoda, spotkanie starych przyjaciół. Rodziny. W końcu nią jesteśmy, prawda?

Przejdźmy może do rankingów - w tym miesiącu, po jednym opowiadaniu napisali: Ashita, Karo oraz Lelouch.
Ellia, dołączając do watahy, jest oprowadzana przez Alfę - zwiedzają wiele urokliwych terenów, gdzie wadera znajduje dla siebie idealny kąt w Litore Somina. Obie wilczyce zajmują się też organizacją spotkania w gronie kilku wilków.
Karo oraz Lelou dalej mają problem z istotą, która zwabia swoje ofiary, wprawiając je w trans. Uwięzieni razem z Nami i śpiącym wciąż Miru, rozpaczliwie usiłują znaleźć jakieś rozwiązanie, które umożliwiłoby im znalezienie sposobu na wydostanie się - a gdyby tak stworzyć marzenie?
W grudniowej edycji Koła Fortuny, wylosowany został Heron - wygrywa on 250 ZK - gratulacje~!

Cóz - to już wszystko w tym wydaniu"Wilczej Łapy" - czy będzie kolejne, to się jeszcze okaże. Póki co, wszystkim życzymy dużo zdrowia i powodzenia w szkole - nie przemęczać mi się tam, wilczki drogie, zdrowie najważniejsze!

P.S. Od Ashi - kocham was, pyśki najdroższe, dbajcie tam o siebie. I pamiętajcie o Nowym Roku... albo żeby kiedyś tam przy okazji wpaść na chat!

Redakcja "Wilczej Łapy"

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Od Karo cd Lelou

Ciężko mi było ukryć, jak przyjemnie słuchało się, gdy Lelou się uzewnętrzniał. To zawsze było takie cudowne uczucie, wiedzieć, że ktoś ufa Ci na tyle, aby opowiedzieć o sprawach, których nie porusza się na co dzień. Ściany zadrgały lekko, poruszając się.
— Możecie się już śmiać — zakończył wypowiedź. Przechyliłam łeb, posuwając wargi do delikatnego uśmiechu. Niejednokrotnie słyszałam od basiora, że chciałby gdzieś wylecieć, w przestworza, ale tyle go tu trzyma. Mimo to, te słowa zawsze mnie poruszały. Sama nie wiem, czy nie czułabym się podobnie, mając takową możliwość.
— Le… — zaczęłam, przerwał mi jednak donośny krzyk.
— Nie! — Głos naszej więzicielki zabrzmiał równomiernie z o wiele głośniejszym dźwiękiem drgania ścian. — Myślicie, że jesteście sprytni, he. Jeszcze zobaczymy.
Uwagę od niej odwróciła jednak Nanami, która gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
— Miru! On się rusza… — Wskazała na szczeniaka. Ten faktycznie przebierała łapkami, zupełnie tak, jakby biegł we śnie. Jego gardło wprawiało powietrze w delikatne drgania. Skupiłam się, usiłując je rozpoznać.
“Mamo! Tato!” — nagle stanęłam dęba. No tak! Idiotka!
— Nanami — zwróciłam się do wadery — jak nazywają się rodzice Miru?
— Amica i Gallardo — odpowiedziała, lekko zbita z tropu. Westchnęłam. Nie znałam głosów żadnego z nich. — Dlaczego?
— Pomyślałam, że może, gdybym naśladowała głos któregoś z nich, Miru by si
onun obudził, zobaczył, że wszystko jest w porządku — westchnęłam — niestety, nie pamiętam głosu żadnego z nich — Delikatne ruchu z ust Nanami zasygnalizowały uśmiech. Nim jednak zdążyłam się zorientować, o co chodzi, usłyszałam stanowczy głos Lelou.
— Nie. — Przechyliłam łeb w jego kierunku, zdziwiona — Nawet o tym nie myślcie — warknął.
— Nie wiem, o czym nie myślimy, ale brzmi bardzo interesująco. — Na mój pysk również wstąpił chytry uśmieszek. Cokolwiek planowała Nanami, mogło być obiecujące. Szczegolnie zważywszy na jej moce.
— Karo, zupełnie przypadkiem, nie nawiązując do sytuacji, podróżowałaś kiedyś w czasie? — zarzuciła. Pokiwałam głową przecząco. Lelou westchnął.
— Nie uważam, żeby to był dobry pomysł — powiedział — poza tym, obie jesteście zmęczone, nie powinnyście bawić się teraz anomaliami czasowymi.
— To jedyny plan, jaki mamy — stwierdziłam — Więc, gdzie się wybieram? — dodałam energicznie.
— Daję Ci dwie opcje. Nasze szczenięce lata i niedaleka przeszłość. — Szczenięce lata Lelou i Nanami brzmiały bardzo zachecająco. Jednak, Lelou miał rację, byłysmy zmęczone. Im bliżej, tym lepiej.
— Nie daleka przeszłość — rzuciliśmy niemalże równo z Lelou. Basior dodał coś jeszcze w stylu “I nie długo. To naprawdę nie jest dobry pomysł”. Kiwnęłam głową, po czym uśmiechnęłam się do basiora.
— Damy radę — rzuciłam, po czym lekko się do niego zbliżyłam. — Wiesz, świetnie się dzisiaj spisałeś, naprawdę. — Nanami wzięła głęboki oddech.
— Załatwcie to szybko — odparł basior.
— Ajaj, kapitanie. — Zasalutowałam łapą. Po chwili Nanami przysyąpiła do akcji, a ja znalazłam się wśród radośnie biegających szczeniąt. W oddali dwie sylwetki zbliżały się do nich, krocząc spokojnie.

<Lelou? Wybacz, mam laga twórczego ;w; >

niedziela, 19 listopada 2017

Od Lelou do Karo

Patrzyłem na Karo z szeroko otwartymi oczyma, pod szczerym wrażeniem monologu, jaki właśnie usłyszałem. Znaliśmy się już długo, nasza relacja była dużo poważniejsza, niż myślałem - poznałem w końcu waderę w niezbyt przyjemnych okolicznościach ,bo cały zdenerwowany, w dodatku w mało sympatycznej okolicy. Szczerze rozczuliły mnie słowa, jakie powiedziała, szczególnie o pragnieniu stałości - z pewnym bólem uświadomiłem sobie, jak wiele muszę nauczyć się jeszcze o własnej partnerce. Nawet jeśli doskonale wiedziałem, że jej nieco złośliwa, żądna przygód strona nie jest tą jedyną - bardziej skorupą - wciąż uczyłem się, jaka tak właściwie jest. Co zrobić, by jej pomóc, ułatwić, a z drugiej strony pozwolić, by mogła żyć samodzielnie - odkąd zaczęliśmy być parą, oczywistym dla mnie się w końcu stało, że to na moich barkach spoczywa odpowiedzialność za jej szczęście, bezpieczeństwo, szczególnie odkąd jej rodzina odeszła - najpierw siostry i matka, a teraz ojciec. Pilnowanie Karo było też pracą syzyfową, biorąc pod uwagę jej żyłkę buntownika i smykałkę do wplątywania się w różne zagrożenia, powoli uczyłem się jednak też dawać jej pewną swobodę, nawet jeśli przy okazji biegałem jak po rozżarzonych węglach.
- To nie było głupie - zaprzeczyłem zatem cicho, biorąc głęboki wdech. - To teraz... nasza kolej?
- Lelou - siostra trąciła mnie lekko, a ciepło jej ciała dodało mi otuchy. - Przejmujesz pałeczkę.
- Nie wolisz ty? - zapytałem ze skwaszoną miną. Byłem pod wrażeniem monologu Karo, to jasne. Ale to jeszcze nie oznacza, że byłem w stanie wygłosić swój własny!
- Spokojnie - Nami położyła swoją łapę na mojej. - Masz dużo marzeń, prawda? Ao wybrał ciebie, masz skrzydła, to o czymś świadczy. By wznieść się w powietrze, nie wystarczą same zdolności. Trzeba też nosić w sobie to szczególne pragnienie dosięgnięcia nieba.
- Musimy pomóc Miru - przypomniała z naciskiem Karo, chociaż w jej głosie dalej słyszałem niepewność, zapewne wywołaną targającymi nią uczuciami po wygłoszeniu swoich szczerych marzeń.
- Boję się - szepnąłem głucho. - Boję się, że powiem za dużo... to ja mam was chronić, nie na odwrót.
- Leloś, głupoty pleciesz! - zganiała mnie Nami, najwyraźniej zdenerwowana. Uniosłem wzrok, nieco zdziwiony, rzadko kiedy widziałem w  końcu siostrę w takim stanie. - Nie jesteś maszyną stworzoną tylko po to, by robić za ochroniarza, a my nie jesteśmy ze szkła. Każdy z nas ma jakieś marzenia, to żaden powód do wstydu! Wszyscy też mają swoje słabości, nawet jeśli nie nienawidzą! Co w końcu ze mną? Chcę nad sobą pracować, by móc się sama obronić, a ty mi to cały czas wręcz uniemożliwiasz, jakby nawet powietrze miało mnie zabić! Chciałabym zyskać więcej pewności siebie, rozmawiać i z basiorami bez ryzyka, że zaraz zjawisz się ty ze swoim monologiem. Nie mam ochoty na bycie delikatną lalką, którą wszyscy muszą się zajmować. A wiesz tak właściwie, dlaczego? Bo nikt nie chce być zależnym całkowicie od innych i musieć się ich pytać o zgodę na każdy krok. Kocham was wszystkich, całą watahę, ale to nie zmienia faktu, że muszę czasem pooddychać. Sama, bez nadopiekuńczego brata. Leloś, to nie jest tak, że chcę mieć też święty spokój, ale... - urwała, biorąc wdech. - Zrozum, że damy sobie radę. I my tobie też pomożemy.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Bolesna i męcząca, tym bardziej, że miałem tę irytującą świadomoćć, że teraz przyszła moja kolej.
- Wiem, wiem - odparłem tylko głucho, patrząc na twardy grunt, byleby tylko nie napotkać spojrzenia błyszczących oczu siostry lub mlecznych Karo, powodujących we mnie tak ogromne wyrzuty sumienia. - Ale ja się tak strasznie boję... Mam wrażenie, że wszystko, co robię, jest niewystarczające, złe. Chciałbym umieścić po prostu wszystkich mi bliskich, całą watahę, w jednym, ogromnym bąblu, a was otoczyć jakimś kokonem, by mieć pewność, że nic wam nie będzie. Chcę, żeby wszyscy byli bezpieczni, przez co pomijam ich pragnienia, zapominam o tym, że trzeba żyć i czasem zrobić coś oprócz tych podstawowych potrzeb. Że świat nie kończy się na jednej jaskini i przestworzach. Gdybym tylko mógł, wybrałbym jakąś samotną gwiazdę i zabrał tam wszystkich. Chciałbym żyć między gwiazdami, tak blisko, jak tylko to możliwe. Kiedyś nawet myślałem, że zrobiłbym to, jeśli oznaczałoby to zostawienie wszystkich tutaj - głos nieco mi się łamał, ale brnąłem dalej, choć męczyła mnie paskudna myśl, że jak tylko skończę, będę próbował to jakoś odkręcić. - Marzyłem, by móc już zawsze latać, nigdy nie musieć już dotykać ziemi, tego twardego gruntu, który przez te wszystkie dni trzymał mnie mocno przy sobie, spętanego grubymi łańcuchami, jakbym był jakimś niewolnikiem. Uważałem się za więźnia własnej watahy, rodziny. Nieraz, szczególnie w nocy, marzyłem tylko o tym, by uciec, jak najdalej, jak najwyżej. Uczyłem się o gwiazdach. Gdybym tylko mógł, sam chciałbym się stać jedną z nich, zawsze jasną, która wskazywałaby drogę - powoli zaczynałem się gubić w swojej chaotycznej wypowiedzi, wątki mi umykały, a słowa nie chciały się ze sobą kleić. - Ale to nie zmienia faktu, że jesteście dla mnie najważniejsze, cała wataha...chciałbym po prostu niekiedy zatrzymać czas w jakimś bezpiecznym momencie i tak już zostać, zapętlić wszystkich w szczęściu, nawet jeśli to tak nie działa, jeśli istotą tak wielu są ciągłe przygody - wziąłem głęboki, urywany wdech. - Skończyłem, możecie się śmiać do woli...

< Karo? Strasznie Cię przepraszam, że dopiero odpisuję... >

Od Ashity do Ellii

Z pewnym rozczuleniem spojrzałam na nową członkinię watahy, Ellię. Nawet jeśli znałyśmy się raptem niecały dzień, szczerze ujęła mnie swoim charakterem, tak bardzo podobnym do Nami -obu nosicielek tego imienia, zarówno mojej żywiołowej przyjaciółki w rodzimej watahy, jak i do córki - obie otaczała ta delikatna aura, dzięki której obie wilczyce zdawały się wręcz promieniować wdziękiem. Miałam szczerą nadzieję, że szybko zasymiluje się w watasze i przywyknie do nas - wiele wilków przychodziło do nas, będąc wyczerpanymi, z bliznami zarówno na ciele, jak i duszy, po przebyciu bardzo długiej drogi. Rany niektórych goiły się szybciej, innych dłużej - jeszcze innych nigdy, co najwyżej zacierały. Często podczas przechadzek po terenie watahy obserwowałam, jak ktoś, zazwyczaj nowy, szura łapami w piasku, ze wzrokiem utkwionym w horyzont. Liczni w końcu ulegali zewowi i opuszczali nasze tereny, ale, jak do tej pory, wróciła zaledwie garstka. Nawet jeśli po ich odejściu - czasem zapowiedzianych, czasem pospiesznym, pod osłoną nocy - życie w watasze biegło swoim rytmem, wiedziałam, że nie tylko ja wyczekiwałam powrotu. W watasze tworzyliśmy wszystko od nowa, nasze życia, relacje, przyszłość. Tu właśnie, na tych terenach, ja miałam swój nowy start, kolejny bieg, a po mnie następni. Byliśmy watahą. Rodziną. Jednością.
Być może z tego powodu nieco martwiłam się o miejsce, które na swój dom wybrała Ellia. Choć nie mogłam odmówić mu uroku - Litore Somina było jednym z najpiękniejszych miejsc w watasze, w dodatku bezpiecznym, a wadera miała ciepłą, wygodną jaskinię z widokiem na morze - miałam obawy, czy po jakimś czasie nie zacznie doskwierać jej samotność. Miała tu, rzecz jasna, mewy, dość głośne, acz sympatyczne towarzyszki, które lubowały się w hałaśliwych zabawach i morskich gonitwach, a także mnóstwo stworzeń zamieszkujących głębiny, z których część czasem jednak lubiła wyjrzeć na powierzchnię, jak chociażby hipokampy.
Poruszyłam się lekko, a drzemiący na moim grzbiecie Lulu zamruczał cichutko i zmienił delikatnie pozycję, by móc na powrót opaść w ramiona snu, teraz leżąc na prawym boku. Jego futerko ostatnimi czasy zrobiło się dużo bardziej puchate - organizm towarzysza najwyraźniej już wiedział doskonale o idącej szybkimi krokami zimie.
Zwróciłam z powrotem całą swoją uwagę na Ellię, tym bardziej, że wadera najwyraźniej coś mówiła. Drgnęłam leciutko, gdy ze wstydem uświadomiłam sobie, że znowu odpłynęłam. Ech, tak, Ashi, może i lat ci przybyło, ale nie sprowadziły cię one bardziej na ziemię...
- Huh, wybacz... - mruknęłam z zakłopotanym uśmiechem. - Mogłabyś może powtórzyć? Zamyśliłam się...
- W jaki sposób zamierzacie przedstawić mnie innym? - odparła powoli. - Chyba nie wydacie żadnego przyjęcia powitalnego, racja?
Słysząc słowa wadery, nie zdołałam powstrzymać nagłego wybuchu wesołości - roześmiałam się zatem na cały głos, przez co Lulu o mało co nie spadł z mojego grzbietu.
- W-wybacz... - zaczęłam wreszcie, gdy jako tako zapanowałam nad sobą. - Ale pomysł jest przecudny, bardzo rzadko organizujemy jakieś zabawy, z czasu tylko na przesilenia i takie tam...
- Jak zatem? - zapytała, lekko przechylając łebek.
- Po pierwsze, członków mamy sporo, ale zebranie wszystkich razem graniczy z cudem - poczęłam ochoczo wyjaśniać. - Tym bardziej, że ktoś zawsze musi być na straży, patrole graniczne i strażnicy pilnują naszych terenów przed wrogami, którzy mogliby chcieć nam zaszkodzić, łowcy polują, by nie zabrakło pożywienia tym, którzy nie mogą udać się na zwierzynę, jak szczeniaki czy ranni... no, a poza tym, każdy wciąż gdzieś wybywa, jest zajęty i takie tam. Im dłużej będziesz, tym więcej wilków poznasz, dzisiaj przedstawię ci kilku, których znać musisz. Jeśli kiedykolwiek spotka cię jakaś przykrość, problem, a mnie ani Zuko nie będzie, możesz udać się do nich. Sytuacja identyczna, jeśli masz jakiekolwiek informacje ważne dla watahy, pilne - ja i oni to taki pierwszy kontakt, rozumiesz? Większość z nich powinna być akurat na terenach, więc mam nadzieję przedstawić ci wszystkich. Pocieszna gromada!
- Ile konkretniej? - zapytała.
- Hm... - zamyśliłam się na chwilę. - No, Zuko, Mavi i Vin, Klaruś oraz Tosh, Riki, może też Nami z Karo i Lelosiem... no, tak około dziewiątki. Gotowa?
- Tak - potwierdziła wesoło, machając ogonem.
- Więc chodź! - wyszłam szybkim krokiem z jaskini. - Najpierw pójdziemy w stronę groty Alf, tam powinna być spora część, zgoda?
- Myślę, że jak najbardziej, i tak nie mam tu rozeznania - przyznała, ruszając za mną.
- O, rzeczywiście... - mruknęłam. - Cóż, tereny są rozległe, więc przez pierwsze dni, jakbyś chciała je lepiej poznać, dobrze by było chodzić z kimś. Nie wiem, czy co dzień będę mogła ci towarzyszyć, ale nawet jeśli nie, postaram się, żeby ktoś tam cię oprowadzał, w pojedynkę się łatwo zgubić, a wolałabym, żebyś przypadkiem nie zahaczyła o Las Śmierci...
- Co to takiego? - zapytała. Ledwo słyszałam jej głos, zagłuszany przez ochocze skrzeki mew dobiegające ze wszystkich stron.
- Och... - zasępiłam się, nieco opornie stawiając kolejny krok na piaszczystym podłożu. - Powiedzmy, że to niezbyt ciekawa okolica, pałęta się tam sporo potworów. Zresztą, przedostają się wszędzie, ale tam jest ich prawdopodobnie najwięcej. Słyszałam na przykład o motylach Ketsueki?
- Pierwszy raz - odparła po chwili zamyślenia.
- Cóż, dość mało znamy gatunek - przyznałam. - Ale staramy się, by każdy o nich wiedział. Zbliża się zima, więc teraz jest ich mniej, ale ich całe wręcz hordy szczególnie często latają w okolicach Wodospadu Mizu. Wysysają kolory.
- Kolory - powtórzyła zdezorientowana.
- Jeśli mam być szczera, nigdy tego nie widziałam i mam nadzieję, że nigdy nie będę - westchnęłam. - Więc nie wiem, jak to konkretnie wygląda, ale słyszałam, że kolor to coś na kształt duszy.
- Co się dzieje z ich ofiarami?
- Stają się roślinami - uśmiechnęłam się ponuro. - A jeśli to kwiaty lub jakieś inne z flory, po prostu usychają. Aha, a co do twojego miejsca zamieszkania, uważaj, stosunkowo niedaleko jest Zatoka Północna, siedlisko syren, trytonów i... Vin! Mavi!
- A te to kto?
- Och... - zatrzymałam się w pół kroku, gdy para przyjaciół, usłyszawszy mnie, również przerwała spacer. - To przyjaciele, których też chciałam ci przedstawić, chodź!
Wilczyca również dostrzegła osobniki - nieco niepewnie, acz sprawnie wspięła się po niewielkim wzniesieniu, by dołączyć do nas. Odkaszlnęłam cicho.
- Ellia, przedstawiam ci Mavis, Betę watahy i nasza artystką. A ten obok niej to Vincent, Delta.
- Wojownik i opiekun szczeniąt - uściślił z delikatnym uśmiechem basior, kłaniając się lekko przed nowo poznaną.
- Z którym bardzo łatwo o kolizję - przewróciłam oczami. - Vin, Mavi, a wam przedstawiam Ellię, dołączyła do nas dzisiaj, będzie kartografem mieszkającym na terenach Litore Somina.
- Są tam jakieś odpowiednie miejsca? - zapytała beżowa wadera.
- Jasne! - potwierdziła Ellia z błyszczącymi oczami. - To w końcu plaża, morze...
Roześmiałam się cicho, słysząc entuzjazm w jej głosie.
- Nawiasem mówiąc - wtrąciłam się. - Nie chcę przerywać waszej romantycznej schadzce, ale jeśli nie macie nic przeciwko dłuższej pogawędce, może wpadlibyście do nas? Moi tam są, zaraz poszukam też Klair i Toshiro, może kogoś przy okazji spotkam. Dawno tak razem nie siedzieliśmy.
Vin spojrzał na Mavi i para przyjaciół odbyła ze sobą krótką, bezdźwięczną rozmowę. Ze szczerą radością zarejestrowałam też, że niespecjalnie protestowali nawet przeciwko przypisaniu ich spotkaniu określeniu "romantyczne".
- Czemu nie - uznała Mavi.
- Świetnie! - ucieszyłam się. - To wy już idźcie, my znajdziemy resztę i do was dołączymy.
- O ile Klair z Toshiro nie są zbytnio zajęci sobą... - mruknęła Mavi sugestywnie.
- Są partnerami - wyjaśniłam, spoglądając na Ellię. - To jak, idziemy dalej? Zaraz do was dojdziemy. Nie obrażę się też, jakbyście po drodze znaleźli zająca albo dwa.
- Rozkaz, szanowna Alfo! - krzyknął Vin, wywołując u mnie kolejny napad śmiechu. Ja natomiast razem z Lulu i towarzyszącą waderą ruszyłyśmy dalej, a Vin razem z Mavi zniknęli za ścianą drzew.
***
Po dłuższym spacerze, milczeniu, zatrzymałam się przed jedną z jaskiń, gdzie powinna być obecnie para Gamm.
- Można? - podniosłam głos, by mieć pewność, że usłyszą. Nie musiałam długo czekać -zaledwie chwilę później z groty wyłoniły się dwie sylwetki.
- Ashi - błękitna wilczyca zamerdała ogonem, witając się. - Co cię tu sprowadza?
- Chciałam wam kogoś przedstawić - wskazałam na waderę. - Dołączyła do nas dzisiaj, to Ellia. Ellia, to Klairney oraz Toshiro.
- Miło mi - mruknęła.
- Nam również - uśmiechnął się basior.
- Przy okazji, jeśli macie chwilę, może byście przyszli? - zapytałam. - Vin i Mavi już pewnie dołączyli, Zuko z młodymi i Karo też, chcielibyście?
Parka spojrzała po sobie.
- No jasne! - Toshiro, siłą rzeczy, zawsze był zwarty i gotowy, podobnie jak jego partnerka.
- No to streszczamy się i lecimy!

< Ellia? Po pierwsze, przepraszam, że dopiero odpisuję, po drugie... przepraszam za jakoś opka, rok szkolny wenie nie służy >