wtorek, 14 listopada 2017

Gazetka "Wilcza Łapa" - wydanie XXI

Nie dajcie się szarości!
Mamy przyjemność powitania Was, drogie wilczki, w dwudziestym pierwszym wydaniu gazetki naszej watahy, czyli "Wilczej Łapy"! Jesień trwa w całej swojej okazałości, choć, niestety, dość ponurym wydaniu, co, niestety, odbija się również na aktywności bloga - trudno się temu jednakże dziwić, rok szkolny również nie daje chwili wytchnienia, o czym doskonale wie również redakcja, jak i zapewne większość z Was. Ale, hej, wilki z WPG nie dadzą rady? Świetnie dadzą radę!
~Bo jak nie my, to kto?

Korzystając z okazji, witamy również serdecznie nowych członków w naszych szeregach - Ellię oraz Ensiy (czyli Pieroga!) - życzymy Wam masy weny, mamy też nadzieję, że będziecie się dobrze czuć jako członkowie naszej watahy - jednej wielkiej, wilczej rodzinki.

Podajemy też bardzo ważną informację - z powodu ograniczonego czasu wolnego redaktorek "Wilczej Łapy", otwarty zostaje nabór członków redakcji gazetki - chętnych i ciekawych szczegółów zapraszamy na pocztę!

Jeśli zaś chodzi o listopadowe rankingi, wyniki itp. - tradycyjnie - zaczniemy od ogłoszenia listopadowego Koła Fortuny, w którym to nagrodę losowano dla Imogen (aka Yuko!) - wygrywa ona 200 ZK. Gratulacje!
W ciągu ostatnich trzydziestu dni, najwięcej opowiadań napisało kilkoro członków - Ellia, Ensiy, Karo oraz Ashita - każde z nich napisało po dwa opowiadania. Nie trzeba chyba ukrywać, że w następnym opowiadaniu liczymy na większą liczbę!
Opowiadaniem miesiąca zostaje natomiast... *bębny prosimy!* Od Vincenta do Mavis (link) - zapraszamy do lektury!
Karo, Lelou, Nami i Miru są wciąż uwięzieni przez moc wiedźmy. Czarny basior nabiera powoli zdenerwowania, przez co z początku pomysł swojej partnerki, by osłabić czar wroga, bierze zbyt dosłownie. Ostatecznie jednak Karo postanawia zadziałać, próbując się otworzyć. Po chwili słowa na temat jej marzeń czy ulubionych rzeczy powoli płyną z jej pyska.
Ilya i Karo wciąż starają się wydostać z podziemnych korytarzy, co w pewnym momencie staje się katorgą dla obojga. Dochodzi pomiędzy nimi do sprzeczki. Kiedy jednak zdobywają mapę korytarzy i próbują wyjść na zewnątrz, basior postanawia odgryźć się na waderze, kierując ją w złym kierunku (przypomnę, Karo jest ślepa). Po jednak niechętnych przeprosinach ze strony wilczycy, z powrotem wracają do szukania wyjścia.

W tym momencie zakończymy to listopadowe wydanie "Wilczej Łapy". Mamy nadzieję, że przyjemnie się Wam je czytało, a także będziecie wyczekiwać przyszłego- grudniowego!
Jak zwykle masy weny twórczej wam życzymy Kochane Wilczki!
Redakcja "Wilczej Łapy

P.S Przyznać się - kto wyczekuje pierwszego śniegu?

niedziela, 12 listopada 2017

Od Ashity do Vincenta

Kiedy Vin tak długo nie wracał, niepokój zaciskał powoli coraz mocniejszy supeł w moim żołądku. Pisklę wierciło się niespokojnie przez sen i machał łapami jakby biegł, wieszcząc rychłe przebudzenie, co doskonale znałam już z przykładu własnych dzieci. Co za tym idzie, świetnie zdawałam sobie sprawę z tego, że gdy na dobre otworzy już swoje oczy, teraz zakryte cienką, karmazynową błoną. Maluch wydawał z siebie rytmiczne sapnięcia, szurając ogonem po kamiennym podłożu jaskini. Spał. Oczywiście, w końcu dopiero rósł, a młode to młode, niezależnie od tego, czy to szczenię wilka, drobny jelonek, czy też smocze pisklę, wszystkie potrzebują niemal tego samego, by rozwijać się jak należy - czyli mleka matki, opieki starszych... i snu, nawet do kilkunastu godzin dziennie. Nasz maluch był jednak zbyt wystraszony i zbyt mało zaznajomiony z okolicami, w dodatku pozbawiony opieki matki, by zażyć odpowiedniej dawki odpoczynku, przynajmniej przez pierwsze dni będzie na pewno o wiele bardziej nieregularny, niż powinien. Co za tym idzie, Vin powinien naprawdę się pośpieszyć albo maluch gotów będzie urządzić tu istną rewolucję, wiedziony pustym żołądkiem i zmęczeniem.
- Gdzie ty jesteś... - mruczałam pod nosem, nerwowo drepcząc dookoła. Pozostały czas, który przeznaczyć musiałam na wyglądanie basiora, postanowiłam wykorzystać jak najlepiej, byleby tylko nie dać się zjeść nerwom - po pierwsze zatem, zebrałam trochę gałęzi i mchu, by wymościć wygodniej i powiększyć legowisko smoka, gdy już wstanie. Po drugie, spróbowałam sama rozejrzeć się nieco po okolicy, cały czas zachowując jednak bezpieczną odległość od kryjówki - maksymalnie sto metrów. Płonna nadzieja, że akurat napatoczy się jakaś zwierzyna, zdarzało się przecież jednak, że jakiś spłoszony zając w panice zawędrował aż tu, podpisując na siebie wyrok. W okolicy chadzało sobie w końcu wiele głodnych wilków, z czego spora część miała rodziny - szczeniaki zawsze są głodne, a świeże mięso cieszy je jak nic na świecie.
Zbadałam uważnie nosem powietrze, szukając oznak zbliżającej się zwierzyny, szukałam też zapachu Vina lub jakichś niechcianych obcych, którzy mogliby chcieć zrobić krzywdę maluchowi. Patrol graniczny wykonywał świetną robotę, podobnie jak strażnicy, ale tereny watahy były rozległe, niemożliwym było patrolowanie wszystkich miejsc. Zdarzało się - rzadko, ale nadal - że jakiś pojedynczy wilk lub inne stworzenie o wrogich zamiarach przedostawało się na nasze tereny. Zazwyczaj radziliśmy sobie z takim delikwentem szybko, a większość potencjalnie niebezpiecznych istot wiedziała już, że tutejszych terenów lepiej nie atakować - wataha była w końcu liczna.
Wróciłam z powrotem do jaskini, spoglądając na wciąż smacznie drzemiącego pisklaka. Młode ziewało rozkosznie co jakiś czas, wypuszczając z nozdrzy strużki pary - całe szczęście, że nie zaczęło jeszcze pluć ogniem, łatwopalna ściółka mogłaby z łatwością zająć się płomieniami, a perspektywa pożaru w watasze nie napawała mnie optymizmem w żadnej mierze.
Usiadłam tuż przed wejściem, opierając bok o zimną skałę. Wpatrywałam się uparcie w ścianę drzew, próbując dostrzec między grubymi konarami i opadającymi liśćmi w wielu barwach, od złotej aż po szkarłat, szarą sylwetkę przyjaciela. Gdy dostrzegłam, jak wolno wyłania się zza grupki młodych sosen, podskoczyłam z radości, krzywiąc się, gdy poczułam ciche strzyknięcie - od dłuższego siedzenia w jednej pozycji, nieco zardzewiałam.
- Starość nie radość - mruknęłam z zaskakującym pesymizmem jak na siebie. Uśmiech zaraz jednak do mnie powrócił, gdy basior wyszedł na polanę, ciągnąc ze sobą zdobycz. Z tyłu dobiegło mnie też parsknięcie pisklaka. Idealne wyczucie czasu. Zerwałam się i skoczyłam w stronę przyjaciela.
- Vin! A już się bałam, że coś cię zjadło!- powitałam go, żwawo machając ogonem. Przyjaciel wytrwale ciągnął zdobycz, szurając jej ciałem o ziemię. Malucha nie obchodził jednak jego ciężar. Głośno wyrażał już swoje niezadowolenie, postanowiłam więc ponaglić nieco Vina. - Dawaj, dawaj!
Ten po chwili wszedł do groty, kładąc zdobycz przed głodnym malcem. W oczach smoka zapaliły się iskierki, zerwał się z posłania i zatopił rząd lśniących kiełków w łani - odrywał co chwila świeże, ociekające krwią płaty mięsa, by z rozkoszą je połykać, brudząc wszystko naokoło czerwoną posoką. Od jego pełnego zadowolenia mruczenia, ściany jaskini zdawały się niemal drżeć. Gdy skończył już większość, zebrał kości i ułożył je na swoim legowisku, po czym sam tam wskoczył i zabrał się za ogryzanie ich z resztek mięsa.
- No, to teraz będzie spać spokojnie - westchnęłam z ulgą. - Eh, sama bym coś przekąsiła...
Ostatnie zdanie wypowiedziałam tęsknie, marząc o kawałku chociażby takiego szaraka, żwawo hasającego sobie po łąkach.
- Ashito - powiedział jednak Vin, a jego poważny ton głosu sprowadził mnie niemal z brutalnością na ziemię. - Musimy omówić pewną kwestię.
Czujnie spojrzałam w lodowe oczy przyjaciela, starając się dostrzec w nich choć małą podpowiedź. Jego słowa zaniepokoiły mnie - rzadko kiedy zachowywał się w ten sposób. Jego pozycja w watasze była wysoka, w niczym nie przypominał jednak wyniosłego wilka, którym mógłby się stać - to właśnie ceniłam w nim, doskonale zdając sobie sprawę z charakteru basiora. Gdybym w kilku słowach miała oddać to, jaki jest Vin, na początku na pewno wymieniłabym jego pozytywne nastawienie - a także oddanie, z jakim poświęcał się dla dobra watahy oraz ochraniał jej członków, w szczególności bliskie mi osoby. Choć był tu niemal od początku istnienia watahy - szmat czasu, jak teraz wspominałam, patrząc na swoje już dorosłe dzieci - mogłam śmiało powiedzieć, że Vin nigdy mnie nie zawiódł, w żadnej kwestii. Ufałam mu całkowicie i szanowałam go, zarówno jako wilka, członka mojej rodziny, jak i niezastąpionego druha.
- O co chodzi? - zapytałam zatem ostrożnie, a mój uśmiech zgasł jak zdmuchnięty płomyk. - Chodzi o coś z małym?
- Prawdopodobnie tak... na pewno tak - potwierdził bez ogródek. - Gdy polowałem, wpadłem na Klair, biegła właśnie, by ci to przekazać. Podczas obchodu Jushiri zauważyła drugiego smoka.
Sapnęłam głucho i cofnęłam się o krok, niemal tracąc równowagę przez pozostawioną, dokładnie obgryzioną i obślinioną kostkę łani.
- Smok - powtórzyłam, przymykając oczy, by strawić jakoś tę informację. - Vin, przecież... nie, one nigdy się tu nie zapuszczają. Muszą szukać młodego, prawda? Czy to mogła być jego matka?
- Klair nie była w stanie tego uściślić. Nie podeszła zbyt blisko, co było rozsądnym krokiem, oceniła jednak jego wielkość na jakieś dwa-trzy wilki.
- Mniejszy od większości dorosłych osobników, szczególnie tych w wieku rozrodczym - skwitowałam, badając sylwetkę pisklęcia. - Ale nasz też jest stosunkowo niewielkich rozmiarów, a skoro jest już na tyle samodzielny, choć dalej zależny od matki, może to jakiś nieznany gatunek?
- Nie wiem, Ashi - Vin westchnął, wyraźnie zdenerwowany. - Smok odleciał w stronę Szpiczastych Gór, więcej osobników raczej nie widziano.
- Trzeba będzie zgromadzić patrol graniczny - stwierdziłam, usiłując połączyć strzępki myśli w spójny plan. - Łowców, zwiadowców, wszystkich, którzy potrafią szybko biegać. Priorytetem jest teraz ustalenie, co takiego dzieje się w Szpiczastych Górach ze smokami. Musimy też sprowadzić, co tam się dzieje, jeśli coś złego, wpłynie to na losy całej watahy...

< Vin? Kłaniam się w pas i z całego serduszka przepraszam, że dopiero odpisuję. W pierogach i świeżakach Ci to wynagrodzę! >

sobota, 4 listopada 2017

Od Karo cd Ilyi

Przystanęłam na moment, słysząc słowa basiora. Możemy mieć towarzystwo. Musiał to wyczuć… zaciągnęłam się, również czując obcy zapach. Tak, zdecydowanie coś się zbliżało. Nie to mnie jednak dotknęło. Gdyby Illya się nie odezwał, nie zwróciłabym uwagi na zapach. Zawsze o takich sprawach informowały mnie fale dźwiękowe.
– Karo? – zapytał nagle basior. Spróbowałam wydać infradźwięk, nic mi jednak nie odpowiedziało.
– Ilya, chyba mamy problem – stwierdziłam. Zarys pomieszczenia miałam co prawda jeszcze w głowie, jednak z miarą postępowanych kroków będzie zanikał. Im dalej, tym ciemniej, można by rzec.
– Zaraz problem, rozprawimy się z nimi raz dwa – rzucił pewnym siebie głosem, nadal jednak słyszałam w nim niechęć. Poważnie, obraził się o skrzatka, który nawet nie był kierowany do niego?
– Nie – zaprzeczyłam – Ty nie możesz się zregenerować, a ja nie mam moich fal dźwiękowych. Jeśli jest tego więcej, to po nas, szczególnie, że ta twoja rana... – nie dane mi było dokończyć. Coś ruszyło w naszym kierunku, głośno bijąc łapami w podłożę. A może to wcale nie były łapy? Wbiłam pazury w ziemię, gotowa do szybkiego ataku, dźwięk jednak rozprysnął się, znikając w powietrzu. Iluzja? Nie ważne. Musimy stąd szybko wyjść, nim wróci.
— Przecież od niej nie umrę. Chociaż mogłaby być mniej upierdliwa — burknął, powoli krocząc przed siebie, jakby nigdy nic. Co jest, nie słyszał tego, co na nas parło. Poirytowana ruszyłam przed siebie. Zupełnie mi się to nie podobało. Szczególnie, że czułam się bezbronna. No dobra, może nie należałam do najsłabszych, a ze sobą miałam dość zdolnego, jeśli chodzi o walkę, obrażonego basiora, ale moja pewność siebie osłabła znacznie, gdy zdałam sobie sprawę, że jestem zupełnie bez mocy. Fakt faktem, prędzej umarłabym, niż ukazała owe poczucie Ilyi.
— Nie wydaje Ci się to podejrzane? — burknęłam.
— Czemu? Może to po prostu takie pole obojętne, wiesz, miejsce bez mocy...— zarzucił teorią. Westchnęłam.
— Jeszcze tego brakowało — skomentowałam. Powoli traciłam obeznanie w pomieszczeniu, przez co dyskretnie zaczęłam się trzymać coraz bliżej basiora. Początkowo uchodziło to jego uwadze, ale jak taki upierdliwy kurdupel idący metr od ciebie nagle zaczyna kroczyć z tobą łapa w łapę, to w końcu jest to co najmniej dziwne. Przynajmniej ja na jego miejscu bym się troszkę poirytowała.
— Strach Cię obleciał? — rzucił zgryźliwie, odsuwając się. Parsknęłam pod nosem, słysząc jego komentarz.
— Guzik prawda. — Wyprostowałam się dumnie, unosząc łeb w górę. Co prawda, mało mi to dawało, ale wizualnie wyglądało za pewne o niebo lepiej.
— Jasne — rzucił wesoło basior. Skierowałam łeb w kierunku jego głosu, w głowie majstrując podejrzliwe myśli. Co miał znaczyć jego ton? — to Ty sobie tutaj guzik prawduj, a ja pójdę dalej, co? — Czy on właśnie odnosi się do mnie, jak do szczeniaka?
— A rób, co chcesz — zadeklarowałam. Słysząc kroki basiora niechętnie ruszył jednak za nim, napierając na… Ścianę. — Ekhm. Ilya?
— Coś nie tak? — zarzucił. Jego głos pobrzmiewał kilkukeotnie przez echo pomieszczenia. Zaczęłam mieć teorię odnośnie tego, w co pogrywa i najwidoczniej nieźle się bawił.
— Wszystko gra i piszczy — syknęłam, odwracając się. No już, to proste, tylko nie trać orientacji w terenie. Cofnęłam się, po czym ruszyłam przed siebie, nieomal potykając. Zaczynało mnie to denerwować. Z impetem ruszyłam przed siebie, usłyszałam jednak głos basiora, oznajmiający, że idę w złą stronę. Poirytowana odwróciłam się, aby mu odpyskować, zdałam sobie jednak sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie jestem. No, świetnie
— Ilya, do cho.lery! — zawołałam.
— Nie angażuj w to cho.lery — stwierdził.
— Pomógłbyś mi, co? — zasugerowałam. Basior zagwizdał wesoło.
— Nie tak szybko. Czekam na magiczne słowo. — No centralnie zwraca się do mnie, jak do dziecka. Trzymajcie mnie.
— Wingardium leviosa — wybełkotałam. Nie usłyszałam jednak odpowiedzi. — No już dobra. Przepraszam — wymruczałam pod nosem.
— Co mówisz? — zapytał. Wzięłam głęboki wdech.
— Przepraszam — odparłam głośniej. Tylko spokojnie.
— Co? — powtórzył.
— PRZEPRASZAM! — Krzyknęłam. Odpowiedział mi radosny śmiech.
— No dobra, uznajmy to. Już Ci pomagam, kaleko — zarzucił wesoło, a ja usłyszałam kroki. — Teraz jestem w zasięgu twojego słuchu, czy czego tam?
Skinęłam głową, wymyślając liczne groźby, jakie w tym momencie mogłabym wypowiedzieć w jego kierunku. Wolałam jednak nie uzewnętrzniać mojej chęci mordu do czasu, aż nie odzyskam swoich mocy.

<Ilya? Ja też przepraszam, że tyle to zajęło ~>

piątek, 3 listopada 2017

Od Ellii Cd. Ashita

Gdy Alfa wolnym krokiem wyłoniła się z mroku jaskini, by stanąć przede mną w bladym świetle jesiennego, szarego dnia w swej pełnej okazałości, w jakiś przedziwny sposób na jedną chwilę zapomniałam o rzeczywistości i chwili, w jakiej się właśnie znajdowałam, skupiając się jedynie na postaci przede mną. Czułam do tej wadery zadziwiający nawet mnie samą, bo nie do końca uzasadniony respekt, jednocześnie bardzo pragnęłam odgadnąć, jaka jest, oczywiście w kontekście przyjęcia jej jako mojej przywódczyni. Patrząc na nią mogłam stwierdzić, że nie była zbyt wysoka, przynajmniej nie wyższa ode mnie, ale umięśniona. Futro miała czarne, z elementami w kolorze niesamowicie pięknego i żywego błękitu - naraz coś się we mnie poruszyło i drgnęłam nieznacznie, gdyż z niepohamowana ciekawością zaczęłam zastanawiać się, czy może ona również, jak i ja, włada żywiołem wody. Najbardziej zwróciłam uwagę jednak na pysk wilczycy, bo właściwie to on sam przyciągał me spojrzenie zdobiącym go niespotykanie promienistym uśmiechem, od którego biło ciepło, za sprawą którego i siłą nie mogłam odwrócić wzroku. Postać wydała mi się dzięki temu niezwykle dobra i miła, dlatego ucieszyłam się, że właśnie ona będzie dowodzić stadu. Z zamyślenia, które to o dziwo nie mogło trwać wcale tak długo, wyrwał mnie głos tejże właśnie wilczycy. Drgnęłam, wracając do rzeczywistości. Powróciło do mnie także zakłopotanie, niewiedza na temat tego, jak mogłabym się zachować, dlatego na moją twarz powrócił niewielki smutek i nieznacznie, tak, by nie urazić rozmówczyni, odwróciłam wzrok. Słowa, które wypłynęły z ust wadery były przepełnione dobrocią i chyba potwierdziły moje wcześniejsze przypuszczenia dotyczące jej charakteru. Na wstępie dowiedziałam się, że basior o intrygującej, nieskazitelnie czarnej sierści, który pomógł się tu dostać, jest jej synem i ma na imię Lelouch. Czy to dobrze? Może? Jakby już go poznałam, jego jedynego na terenach stada, więc w razie problemu to najpewniej do niego pierwszego skierowałabym swe kroki, oczywiście gdybym jednak dostała się do stada, a fakt, że jest synem przywódczyni ciągnie za sobą przymus orientowania się w temacie, więc nie byłoby źle. Uśmiechnęłam się do basiora, wyrażając swe czyste intencje. Tymczasem Alfa mówiła dalej i okazało się, że nie było się o co martwić, bo właśnie zostałam przyjęta bez zbędnych pytań czy testów. Odetchnęłam z ulgą i uśmiechnęłam się szczerze. Wadera zaoferowała mi także pomoc ze swojej strony. Dobrze, to też się przyda, choć ja chyba wolę nieoficjalne kontakty, tak wracając do poprzedniej myśli... Dalej zapytała o samopoczucie i zaoferowała oprowadzenie po terenach, pomoc w znalezieniu jaskini i tym podobne. Zdziwiłam się trochę i nie potrafiłam powstrzymać wyrazu zaskoczenia spływającego na moją twarz w postaci uniesionych brwi.
- Co do pierwszego, to dziękuję, czuję się dobrze i nie dokucza mi jeszcze zmęczenie. Co do drugiego, to przepraszam, ale bardzo chciałabym wiedzieć, czy ty aby na pewno masz tyle czasu? Spacer zajmie nam kilka godzin, nie zaniedbasz wtedy swych obowiązków?
- Nie jestem sama na stanowisku, mam rodzinę, która się wszystkim zajmie. - powiedziała z uśmiechem, który zdradzał, że chyba naprawdę ma ochotę się przejść, a nie robi tego ze zwykłego przymusu. - Możemy iść?
- Yy... będę zaszczycona. - powiedziałam cicho
Ashita pożegnała się z bliskimi, po czym żwawym krokiem ruszyła przed siebie, ze mną u swego boku. Szłyśmy, rozmawiając o lesie, w centrum jakiego się właśnie znajdowałyśmy, którego charakterystyczną cechą, jak się dowiedziałam, miały być pojawiające się czasem magiczne światełka spełniające życzenia. Dziwne, czy nie takie właśnie przywiodło mnie na te tereny? Podczas spaceru nie bałam się o nic pytać. Powoli zaczynałam wyzbywać się wstydu i niepewności spowodowanej znalezieniem się nagle w zupełnie nowej, obcej sytuacji, i wracać do zwykłego dla mnie optymizmu i radości. Pomogła mi w tym także obecna aura, las był zamglony i wilgotny, więc każdy oddech, przy któym takie powietrze wypełniało mi płuca, napełniał mnie cudownymi siłami witalnymi. Później odwiedziłyśmy rzekę, która, rzecz jasna, bardzo mi się spodobała. Byłyśmy na terenach przepełnionych życiem i obecnością innych, jak piękny wodospad, amfiteatr, czy polana, na której można było ćwiczyć walkę. Bez zagłębiania się minęłyśmy ze trzy lasy - Tysiącletnią Puszczę, Shinrin, Las Śmierci, a brak naszej obecności w ich wnętrzu Ashita argumentowała brakiem czasu i ich ogromnym rozmiarem. Ale najwspanialsze było na końcu. Z początku nie wiedziałam, dokąd idziemy. Teren nagle zaczął się gwałtownie obniżać, ziemia stawała się pokryta piaskiem, drzewa przestały rosnąć tak gęsto, a w powietrzu latały hałaśliwe, białe ptaki. Wyczuwałam zaskakująco zwiększoną wilgotność powietrza, które także jakoś inaczej pachniało, mój żywioł zaczął się odzywać i intensywniej wypełniać mnie mocą, ale nie rozumiałam dlaczego. Dopiero później stanęliśmy na gładkiej powierzchni i zobaczyłam... Wodę. Ogromną, gigantyczną połać wody, ciągnącą się aż za horyzont. Poruszała się gładzona wiatrem, z zaskakującą siłą uderzała w piasek, a jej szum wydawał się najpiękniejszą melodią. Oniemiałam, a na moją twarz wpłynął ogromny uśmiech. Zaraz, jak to było... Morze? Plaża, morze? Dotychczas znałam coś takiego tylko z opowieści, mój klan zamieszkiwał tylko lasy, a teraz...? O boże! BOŻE! Zaczęłam krzyczeć w euforii, rzucając się biegiem przez piaszczystą plażę. Nie wiedziałam, że potrafię w ogóle gnać tak szybko. Nie zatrzymałam się, gdy moje łapy zanurzyły się w wodzie, choć opór silnych fal sprawił, że bieg stał się praktycznie niemożliwy. Chwilę później straciłam przez to równowagę, fala przewróciła mnie i zabrała pod powierzchnię. Czułam smak słonej wody w ustach i miałam ochotę się śmiać. Pozwoliłam, by woda zabrała mnie do tyłu, a potem wynurzyłam pysk, wciąż krzycząc z radości. Obejrzałam się wokół, popłynęłam chwilę przed siebie, a potem zaczęłam kręcić się z radości. Moce obudziły się we mnie i domagały się uwolnienia, zaczęłam więc formować morską wodę we wstążki, które wystrzeliwały w powietrze i wiły się nade mną. Dopiero po dłuższym czasie uspokoiłam się na tyle, by przypomnieć sobie o waderze, którą zostawiłam na brzegu. Wypatrzyłam ją wśród wydm obrośniętych niekiedy zieloną roślinnością. Stała bez ruchu i uśmiechała się do mnie.
- Ashita! - krzyknęłam do niej nadal unosząc się wśród błękitu - Ashita, macie morze!
Kiwnęła głową z rozbawieniem, spowodowanym zapewne moją nadmierną ekscytacją.
- Poczekaj, już do cienie płynę! - krzyknęłam, po czym ruszyłam do brzegu.
Gdy ponownie stanęłam na złotym piasku i otrzepywałam futro z kropel, nie czułam zmęczenia, ani zimna. Jedyne, co mogłam wykrztusić do towarzyszki, która tu na mnie czekała, to pełne zachwytu powtórzenie poprzednich słów:
- Macie morze...
Dodałam potem szybko:
- Błagam, powiedz, że można gdzieś tu zamieszkać!
- Wiesz, myślę, że czemu nie. Tu niedaleko znajdują się jakieś klify, z powodzeniem znajdziesz tam sobie piaskową grotę. Ale powiedz, czy to miejsce nie jest zbyt daleko od centrum? Czy odległość nie będzie ci przeszkadzała w wykonywaniu pracy na stanowisku, jakie postanowisz wybrać?
- Nie, z pewnością. I tak planowałam wybrać zawód, którego nie trzeba wykonywać w grupie. Żadnego wojska. Jakiś zielarz, uzdrowiciel, czy...
Ashita widziała, że potrzebuję podpowiedzi, dlatego podłapała temat i zaczęła wymieniać za mnie dostępne zawody, które odpowiadałyby moim wymaganiom:
- Poszukiwacz skarbów, ogrodnik, poeta, archeolog, kartograf...
- Kartograf. - przerwałam. - Kartograf to jest to. Będę pracować w jaskini rysując mapy, wyruszając stąd czasem na przechadzki po terenach w celu zebrania większej ilości informacji.
- Zgoda, zgoda, ale nie izoluj się tutaj tak znowu! - zaśmiała się wadera.
- Nie będę. - obiecałam z podobnym uśmiechem.
- No to co, zdaje mi się, że masz już stanowisko, jaskinię, ogólny rys terenów. Pozostaje nam tylko przedstawić cię innym!
- Bardzo chętnie, ale... w jakim sensie? Zorganizujesz przyjęcie zapoznawcze na moją część? - zaśmiałam się nieco nerwowo.

<Ashita?>

niedziela, 29 października 2017

Od Herona do Ensiy

Gruchnąłem o ziemię.
Moje łapy natrafiły na miękki, nierówny grunt i po prostu poleciałem jak długi. Bolało. Przez sekundę leżałem wśród opadłych liści na rozmokłym podłożu, zdumiony tym, że taka sytuacja w ogóle miała miejsce. Potem po prostu sapnąłem zażenowanym i podniosłem się, sprawdzając, czy w przy okazji nie uszkodziłem sobie czegoś. Nic, poza umorusaną w błocie sierścią i lekko nadszarpniętą dumą.
„Następnym razem bardziej uważaj.” – przeleciało mi przez myśl.
Przytaknąłem samemu sobie.
„Tu jestem, spryciarzu, spójrz pod łapy.”
To nie były moje słowa. Głos bardzo podobny, lecz nie mój. Obcy. Postawiłem uszy. Rozejrzałem się gwałtownie wokół. Stanąłem prosto, eksponując swoją siłę, by zniechęcić intruza do ewentualnej potyczki. Moje futro mimowolnie uniosło się, czyniąc wizualnie nieco większym. Bacznie lustrowałem teren, starałem się wychwycić obcą woń lub nieostrożne kroki. Nie dostrzegłem jednak nikogo. Czy to mogło być przesłyszenie?
„Spójrz pod łapy.” – powtórzył głos. Zorientowałem się, że słowa obcego brzmią bezpośrednio w mojej głowie. – „Pod łapy.”
Niechętnie, ale usłuchałem. Roztropnie, gotowy na potencjalny atak nie wiadomo skąd, skierowałem wzrok na rozmokły grunt. Zmrużyłem oczy, nie widząc nic interesującego.
– Hę? – mruknąłem skołowany zaistniałą sytuacją.
Zaraz jednak dostrzegłem ruch. Pod jednym z drzew, koło którego miałem okazję dokonać wywrotki, zamajaczył jakiś kształt. Ziemiste kolory drgnęły, przygaszona czerwień i żółć opadłych liści zmętniała, przybrała szary, brudny kolor, jakby wymieszany z ciemną korą rosnącego tuż obok drzewa. Wytężyłem wzrok, co nie było proste ze względu na lekką wadę lewego oka.
Objawił mi się wilk.
Jego nieco wychudzona sylwetka wtapiała się w otoczenie. Łapy przybierały kolory ziemi i opadłych liści, tworząc mozaikę ciemnych brązów oraz niechlujnych, ciepłych barw. Z kolei tułów naśladował sepię stojącego za nim drzewa wymieszaną z subtelną zielenią trawy, której nie zdołały przykryć liście. Głowa wilka miała brunatny kolor, na którym wyraźnie odznaczała się szarość jego pozbawianych źrenic ślepi. Z biologiczne punktu widzenia tej osobnik powinien być całkowicie niewidomy, on jednak wdawał się patrzeć wprost na mnie. Istnieją co prawda przypadki istot widzących mimo braku źrenic, jak to jest u Błękitnych Feniksów, czy u samych wilków, jak ma członkini watahy, Mavis, niemniej intrygowało mnie jego spojrzenie. A raczej to jak właściwie działało.
– Muszę przyznać, że doskonale radzisz sobie z kamuflażem.
Z zainteresowaniem przyglądałem się sierści basiora, która minimalnie zmieniała swe tony, by jak najlepiej odwzorować otaczający ją teren. Szybko jednak oderwałem od niej wzrok. Nie przystoi rozmawiać wgapionym w futro nieznajomego.
– Wybacz, że na ciebie wpadłem, ale chyba rozumiesz... nie bardzo miałem jak wykonać unik, nawet cię nie widząc – rzekłem spokojnie – Nic ci nie jest?
Basior pokręcił głową.
„Spałem.” – pojawiło się w mojej głowie – „Obudziłeś mnie tylko.”
Skrzywiłem się lekko. Miałem już styczność z telepatią, lecz mimo wszystko obecność obcego głosu wewnątrz głowy była dziwnym odczuciem. Nie nieprzyjemnym czy irytującym, po prostu nietypowym.
– Czy moglibyśmy porozmawiać norm... – uciąłem, gdy mój wzrok przykuła głęboka blizna przecinająca gardło poznanego wilka – Ah... wybacz. Straciłeś głos, jak mniemam?
„Straciłem.” – usłyszałem w odpowiedzi.
– Rozumiem.
Nastał moment ciszy.
– Należysz do tej watahy? Nie widziałem cię wcześniej.
„Dołączyłem niedawno. Nie zdążyłem zawrzeć nowych znajomości.”
Czekałem aż powie coś więcej, ale basior nie wdał się chętny by ciągnąc ten temat.
– Nazywam się Heron – powiedziałem, nie tracąc wilka z oczu, co stanowiło pewien problem, zważywszy na jego umiejętności kamuflażu – Spełniam funkcję stratega tej watahy.
Zmrużył pozbawione źrenic oczy. Czułem wnikliwość, z jaką mi się przygląda, co utwierdziło mnie w przekonaniu, iż basior widzi. Cierpliwie znosiłem lustrowanie, jednocześnie sam ukradkiem badałem zachowanie nieznajomego. Przyglądał mi się, jakby analizował, czy jestem odpowiednią osobą, której może się przedstawić. Wydał mi się bardzo nieufny.
„Jestem Ensiy.” – odparł w końcu – „I zajmuję się kartografią.”
– Bardzo zajmująca profesja.
Subtelnie uniosłem kąciki ust, chcąc dodać śmiałość basiorowi, który najwyraźniej w obecności obcych nie czuł się zbyt pewnie. Ensiy dostrzegł moją próbę i zareagował lekkim machnięciem ogona. Wszystko w porządku.
– Jakbyś czegoś potrzebował, to śmiało możesz zwrócić się do mnie – oznajmiłem przyjaźnie, po czym dodałem z powagą: – Uważaj, żeby nikt więcej się o ciebie nie potknął, dobrze?
Skinął głową. Postawiłem krok w swoim kierunku, zaraz jednak zatrzymałem się i spojrzałem na basiora. W pierwszej chwili nie mogłem odnaleźć go wśród drzew i gęstej ściółki. Dopiero jego szare ślepia i nieznaczny ruch pomogły mi zlokalizować wilka.
– Jeżeli jesteś zmęczony i chcesz odpocząć to bezpieczną opcją dla ciebie i innych będzie jaskinia – stwierdziłem – Tam nikt nie powinien na ciebie wpaść. Jeśli nie masz jeszcze swojej jamy to mogę pomóc ci jakiejś poszukać. Znam parę dobrych do zamieszkania grot.

<Ensiy? Spryciarz chciał odpisać nieco szybciej, ale wyszło nieco później. D: >

Od Ashity do Elli

Kocham jesień.
Cóż, jeśli mam być szczera, to uwielbiam każdą porę roku. Na samą myśl o zielonej wiośnie, gdy wszystko budzi się do życia, a kwiaty nieśmiało rozkwitają na łąkach ,tworząc barwny, pachnący kobierzec, miałam ochotę skoczyć na równe łapy i wykonać taniec radości. Do tej pory czułam też przyjemne ciepło lata, które niedawno przeminęło - choć nieraz myślałam, że po tych falach upałów będzie ze mnie czarno-niebieska kałuża, tęskniłam za tą złotą tarczą, która przez tyle godzin niestrudzenie rozświetlała niebo, i za gwieździstymi, bezchmurnymi nocami, które spędzałam z uczącym mnie gwiazdozbiorów Zuko. Po ferworach dnia, wyczerpujących polowaniach, patrolach i doglądaniu stanu członków watahy, takie spokojne chwile spędzone sam na sam z partnerem były dla mnie naprawdę cenne, jak chłodna rosa po kilkugodzinnym biegu po gorącym piasku. Do zimy miałam szczery sentyment - być może głównie dlatego, bo kochała ją moja przyjaciółka z rodzimej watahy, Nami. Do tej pory na samą myśl o waderze widziałam jej szeroko uśmiechnięty pyszczek, gdy na jej sierści lądowała kolejna porcja śniegu. Milion razy płatałyśmy sobie tego rodzaju figle, czatując na drugą, by, gdy przechodziła, popchnąć drzewo, na którego gałęzi tkwił biały puch. A jesień? Cóż, dżdżysta pogoda i coraz chłodniejsze dni często o mało co nie wprawiały mnie w ponury nastrój, ale uwielbiałam te ferie barw, otaczające mnie z każdej strony. Ceniłam coraz wcześniej nadchodzące wieczory, podczas których odwiedzała mnie Nami oraz wpadał Leloś w towarzystwie Karo. Basior traktował partnerkę niemal jak szklaną figurkę, zwłaszcza od pamiętnego ataku Kyrii z Dworu Zapomnienia, w czasie którego wilczyca straciła wzrok. Patrząc na tę pary, przypominały mi się zabawy szczeniąt, podczas których to basior cały czas strofował siostrę - potrafił zdenerwować się o byle potknięcie, twierdząc, że mogła zrobić sobie krzywdę. Rozczulała mnie ta troskliwość, cieszyłam się też jednak, że znalazł Karo - nadal pozostał tym samym Lelosiem z obsesją na punkcie bezpieczeństwa innych, ale teraz zdawał się być o wiele dojrzalszy, dzięki czemu Nami mogła zacząć "oddychać", nawet jeśli w dalszym ciągu warczał i łypał wrogo na każdego basiora, który, w jego opinii, podszedł zbyt blisko do siostry.
Oparłam się wygodnie o ciepły bok Zuko, rozleniwiona i szczęśliwa. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi, zwiastując rychłe nadejście nocy. Nami siedziała tuż obok mnie, ziewając cichutko. Wróciła niedawno z dłuższego spaceru w towarzystwie Riki, podczas którego spotkały wyjątkowo przyjaźnie nastawioną elfkę, Mirę.
- Myślisz, że Leloś nas dzisiaj odwiedzi? - zapytałam, wtulając pysk w miękką sierść partnera.
- Czyja wiem? - basior uśmiechnął się, trącając mnie lekko nosem. - Mówił, że dzisiaj ma sporo pracy, ktoś go chyba poprosił o zastępstwo przy patrolu granicznym...
Jakby na zawołanie, usłyszałam czyjeś kroki. Uniosłam wzrok, by sprawdzić tożsamość gościa. Znajomy zapach.
- Karo! - Nami wstała, by przywitać się z waderą. - Jest z tobą Leloś?
- Coś go chyba zatrzymało... - mruknęłam, gdy nie dostrzegłam jego sylwetki.
- Tak - potwierdziła jego partnerka cicho. - Ale powiedział, że zapewne tu przyjdzie jak tylko skończy, więc pomyślałam, że też już przyjdę.
- Mam nadzieję, że zajrzy tu jak najszybciej - stwierdził Zuko, wyciągając przed siebie łapy.
- Cóż, oby. Znając jego, jeśli nie zastanie Karo u nich, zaraz narobi rabanu - westchnęła za zrezygnowaniem Nami.
Jakby na zawołanie, usłyszałam kolejne kroki. W wejściu zaraz ukazał się Lelou we własnej osobie, nieco zdyszany i jakby... poddenerwowany? Może rzeczywiście szukał Karo?
- Jak widzisz, nic jej nie jest - uśmiechnęłam się.
- Och... - mruknął, najwyraźniej zdziwiony. - Karo już tu jest? Nie byłem w jaskini. Mamo, ktoś do ciebie. Wadera, twierdzi, że chce dołączyć.
Spojrzałam uważnie na syna, zwracając szczególną uwagę na nieszczególnie przyjazny ton syna, gdy opisywał wilczycę. No tak, doskonale znałam podejście syna do obcych.
- No dobrze, to wy tu sobie posiedźcie, a ja oprowadzę ją i trochę porozmawiam - uznałam.
- Iść z tobą? - zapytał Zuko, podnosząc się.
- Poradzimy sobie we dwie - uznałam jednak. - Lulu!
Mały yujin, siedzący dotychczas spokojnie w kącie, wstał i przydreptał do mnie, nieco jednak zaspany. Po wiośnie i lecie powoli wracał do życia i zaczął wychodzić z zacienionej jaskini na zewnątrz. Teraz zbliżał się wieczór, pora, kiedy chętnie wychodził na spacery. Teraz także wesoło wskoczył na mój grzbiet, piszcząc radośnie.
Wyszłam z jaskini w towarzystwie towarzysza oraz Lelou, który najwyraźniej postanowił mi wciąż towarzyszyć, by mieć pewność co do wadery. Basior był zdecydowanie miły, ale równocześnie wyjątkowo nieufny.
Zaraz mój wzrok padł też na wilczycę, o której mówił syn. Ta również mnie dostrzegła.
- Nazywam się Ellia i chciałabym zostać członkinią twojej watahy - powiedziała zaraz. - Ten wilk mi o niej opowiedział i pomógł dotrzeć aż tutaj.
Uśmiechnęłam się lekko, obserwując w ciszy przybyszkę. Drobna, przypominająca troszkę w budowie ciała Nami, o dużych, błękitnych oczach, przywodzących na myśl bezchmurne, letnie niebo.
- Miło mi zatem - odparłam pogodnie. - Ja jestem Ashita, Alfa tej watahy, a to Lelouch, mój syn. Witamy w watasze, jeśli będziesz czegoś potrzebowała, przychodź tu o każdej porze nocy i dnia. Jeśli nie jesteś zbyt zmęczona, oprowadzę cię też teraz po terenach ,wybierzemy ci jakiś kąt i przedstawimy innym, dobrze by było, gdybyś wiedziała, do kogo możesz zwrócić się w razie czego. Leloś... Vin i Mavi wrócili już, prawda?
- Tak, widziałem ich dzisiaj - stwierdził.
- Dobrze, Riki i Klair też zatem są, jak myślę - uznałam. - To jak się czujesz? Masz może ochotę na mały spacer? A może chciałabyś coś zjeść?

< Ellia? >

poniedziałek, 23 października 2017

Od Karo cd. Lelou

— Lepszy rydz, niż nic, co nie? — odparłam ze średnim entuzjazmem, bo na pełny nie miałam nawet co się silić. Na długi czas nastała cisza, jakby każdy zastanawiał się nad naszym planem. Sama również próbowałam pomyśleć o jakimś marzeniu, ale do głowy przychodziły mi jedynie wspomnienia minionych lat, jak to wraz z siostrami kłóciłyśmy się o zabawki, a Shiori denerwowała się na mnie, że w ogóle na siebie nie uważam. Przed oczami miał również tamten wieczór, gdy Lelou uczył mnie gwiazdozbiorów. Nie umiałam jednak utworzyć żadnego celu, innego, niż mięciutkie, przyjemne łóżko. Gdzieś w głowie kotliła się perspektywa zobaczenia sióstr, ale przecież ani zobaczenia, ani sióstr nie wchodziło w grę, nie było więc co myśleć, a co dopiero urzeczywistniać owej wizji. Może to jest właśnie mój problem? Po prostu nie umiem marzyć?
— Wiecie, na tę chwilę jestem w stanie wyobrazić sobie jedynie wygodne wyrko — stwierdziłam posępnie. Partner jednak drgnął na te słowa.
— Gwiazd. Jest noc spadających gwiazd, możesz poprosić o co tylko chcesz… A Ty chcesz jakieś wyrko? — zaśmiałam się pod nosem, nagle rozumiejąc, co powiedziałam. — Poważnie, Karo, twoje umiejętności marzycielskie w ogóle się nie poprawiły.
— No dobra… W sumie może bym coś zjadła. Napić się też nie zaszkodzi. Nie mówiąc już o świeżym powietrzu, ale to chyba już marzenie ścię… — urwałam, słysząc śmiech Nanami. Posłałam jej pytające spojrzenie, a raczej pytający obrót łba.
— Cały czas mówisz o podstawowych potrzebach, Karo — wytłumaczyła — spać, jeść, pić… Przecież to zapewnia tylko wegetację, prawda?
Właściwie, to miała rację. Moje rzekome “marzenia”, ograniczały się jedynie do form koniecznych. Spać, jeść, pić, aby mieć energię. Wszystko po coś, niekoniecznie dla satysfakcji, żeby po prostu istnieć. Niby w każdej innej sytuacji to było by spoko, ale ej, w tej nie jest. Aktualnie głównym celem było wyjście stąd. A jeśli zamierzałam coś począć w tym kierunku, powinnam się uzewnętrznić, chociaż na tę myśl poczułam pulsującą czerwień na policzkach.
— Tak — skinęłam głową — no dobra, to może zrobię podejście trzecie, a jak wyjdzie równie pokracznie, ktoś inny przejmie pałkę, co byśmy nie siedzieli tutaj do jutra? — Atmosfera przypominała trochę wywoływanie zmarłych. Tam ponoć też dawało się jakiś fragment siebie, aby zadziałało. Może również mimo dobrych min, pulsujące wokół napięcie w czasie takiej ceremonii było tak gęste, aby ciąć je nożem? Wzięłam oddech, po czym wróciłam do swojej nieudolnej próby.
— Bardzo lubię muzykę. Czasem nawet nie kontroluję swojego zachowania, gdy ją usłyszę. Zaczynam coś tańczyć, rzadziej podśpiewywać, chociaż gdybym sama siebie zobaczyła, miałabym ostrą polewkę do końca tygodnia. Poza tym, uwielbiam wysokość i wyzwania — wolałam nie mówić przy Lelou, że mam tutaj na myśli adrenalinę, a dokładniej niebezpieczeństwo. Co jak co, ale wiedziałam doskonale, co basior myśli o tej mojej żyłce przygody. Nawet częściowo mu się nie dziwiłam. — Chyba umarłabym z nudów, jakby przez dłuższy czas nic się nie stało. Żadnego wybuchu, pościgu, tylko długa, głucha cisza. Trochę krzywa wizja. Chociaż mimo, że lubię wyzwania, nie znoszę takich sytuacji. Nie do końca przez wzgląd na mój udział w nich, chyba bardziej przez — cała moja wypowiedź pełna była zacięć, tutaj jednak pauza zdała się przeciągać aż nadto. Doskonale wiedziałam, jak słabo idą mi te klocki, ale skoro zaczęłam, wypada skończyć. Mimo wszystko szukając słowa miałam ochotę schować głowę w piach. — pewien rodzaj strachu… Tak myślę? Więc, chyba moje główne marzenie opiera się na strachu. Boję się utracić, co już mam. Bliskich, dom, miejsce do spania, znajome zapachy… najwidoczniej marzę o czymś stałym, aby być w stanie zatrzymać to, co już jest… — milczałam chwilę, po czym burknęłam, zakłopotana. To chyba najgorszy monolog, jaki palnęłam w życiu. I zarazem chyba jedyny monolog, jaki faktycznie palnęłam. — D-dobra, przepraszam, to było głupie — zaśmiałam się niezręcznie, czekając, aż ktoś przejmie pałkę mówienia kd rzeczy, nim spalę się ze wstydu.

<Lelou? Nie przejmuj się, rozumiem ^^>