Sytuacja naprawdę mnie zaniepokoiła. Przecież nie, na co dzień słyszy
się huk eksplozji, a fakt, iż nastąpił on niedaleko jaskiń w większości
zamieszkanych przez wilki, jeszcze bardziej potęgował moje
zdenerwowanie. Jako Wojownik byłem odpowiedzialny za bezpieczeństwo
watahy. Musiałem jak najszybciej dowiedzieć się, co wywołało wybuch i
czy stanowi to dla nas jakieś zagrożenie.
-Ashita! – zawołałem Alfę. – Co się dzieje? Co to za hałas?
-Nie wiem. – odparła, nadal czujnie nasłuchując. – Ale nie sądzę, żeby coś dobrego wróżył.
-Muszę to sprawdzić. – rzekłem, ruszając w głąb lasu.
-Czekaj, idziemy z tobą! – zawołała Destiny i wraz z Marry już miały
udać się za mną, gdy zatrzymałem się, zagradzając waderą drogę.
-Nie ma mowy!
Ashita opuściła wartę, zbliżając się do nas. Minę miała poważną, co jednoznacznie wskazywało na powagę sytuacji.
-Nie pójdziesz tam sam. – oświadczyła stanowczo.
-Nie wiadomo, co tam czyha! – mówiła Marry. – Możesz potrzebować pomocy!
-Obiecuje, dam sobie radę. – uśmiechnąłem się.
Chciałem przyjaznym wyrazem pyszczka załagodzić sytuację i przekonać
przyjaciółki, iż to zapewne nic wielkiego. Jednak ani Marry ani Destiny,
ani tym bardziej Ashity nie udało mi się przekonać.
-Vin, wiem jak dobrym jesteś wojownikiem. – Alfa przemawiała powoli i
spokojnie. – Podziwiam twoje zdolności bitewne, lecz to może być
cokolwiek. Jakiś żartowniś, zagubiony Feniks, ale równie dobrze smok lub
inna bestia.
-Tym bardziej powinienem to sprawdzić. – upierałem się. – I tym bardziej Marry i Destiny powinny tutaj zostać.
-Dlaczego? – niecierpliwiła się Destiny. – Dlaczego nie możemy ci pomóc?
Wziąłem głęboki wdech. Przed oczami stanął mi obraz ziejącego ogniem
smoka, przed którymi stały moje przyjaciółki. Widok ten przerażał
bardziej niż wizja samotnej walki z jaszczurem.
-Nie macie dużego doświadczenia w walce. – mówiłem łagodnie, by nie
urazić wader, lecz na tyle stanowczo, aby pojęły powagę sytuacji. –
Macie duże zdolności magiczne, jednak umiejętności są równie ważne.
Mógłbym nie zdążyć wam pomóc.
-Damy sobie radę. – przekonywała Marry.
-Nie mówię, że nie. Lecz szansa, że ten wybuch mogło spowodować jakieś
groźne zwierze jest duże. Nie chcę ryzykować i narażać was na obrażenia.
Spojrzałem śmiertelnie poważnym wzrokiem na Marry i Destiny, po czym
przeniosłem spojrzenie na Ashite. Alfa wzięła głęboki wdech, mimo iż
powietrze było przesączone smrodem siarki.
-Ja i Vincent idziemy. – powiedziała. – Proszę was o pozostanie tutaj. To może być niebezpieczne.
-Ale… - zaczęła Destiny, lecz przerwał jej huk.
Grzmot niemal mnie powalił. Marry padła na ziemię, zakrywając łapami
uszy, Destiny zaskamlała, również tamując dźwięki, Ashita skrzywiła się
mocno, a ja myślałem, iż mój słuch zaraz mnie zabije. Nagły powiew
spieczonego, gęstego od siarki powietrza uderzył w nas, mniej więcej
podając miejsce, z którego dobiegła eksplozja. Zakaszlałem, zakrywając
nos.
-Pospieszmy się! – krzyknąłem.
-Zostańcie tutaj. – nakazała Ashita.
Alfa ruszyła do przodu, kierowana swądem spalenizny, ja natomiast
uśmiechnąłem się krzepiąco do przyjaciółek i ruszyłem za Ashitą.
Wdychałem zanieczyszczone powietrze, a mój czuły węch chyba miał ochotę
popełnić samobójstwo. Jednakże im bardziej intensywny był smród, bym
bliżej byliśmy miejsca eksplozji. Gdy już miałem się udusić, stanęliśmy
przed sporą wyrwą w ziemi. Wokół dołu ze spaloną ziemią jarzyły się małe
języczki ognia, pochłaniające trawę. Drzewa było osmalone i niekiedy
miały powyrywane liście. Swąd spalenizny i siarki był nie do
zmienienia-oczy mi łzawiły, a oddech był bardzo utrudniony.
-Kto to mógł zrobić? – zakaszlała Ashita.
Już miałem odpowiadać, że nie wiem, gdy moją uwagę przykuł niezręczny
ruch w pobliskich, nadpalonych krzewach. Osobnik nie był duży, gdyż cały
mieścił się w zaroślach, jednak największy swąd siarki dało się czuć
właśnie stamtąd. W obawie, iż sprawca może uciec, rzuciłem się na niego.
Widok zasłaniały mi łzy wyciśnięte przez spieczone powietrze, jednak
zdołałem zacisnąć szczęki na czymś twardym i ciepłym. Obcy zaczął
szamotać się i krzyczeć, jednak zdołałem go przytrzymać przy ziemi.
Rozchyliłem lekko powieki, próbując zorientować się, kogo tak naprawdę
chwyciłem. Dostrzegłem rozmazgajać sylwetkę Ashity oraz kryształowego
łańcucha-twory jej magii. Spętała nim pomarańczowe cielsko jakiegoś
stworzenia. Mówiła coś, lecz jej słowa nie były w stanie przebić się
przez krzyk zwierzęcia. Obróciłem głowę, szukając innych wskazówek,
które pomogłyby mi rozpoznać przeciwnika. Wtedy dostrzegłem gadzi łeb i
nieproporcjonalnie duże, czerwone ślepia. W paszczy jaszczura zabrał się
płomień, wycelowany wprost we mnie. Odczepiłem kły od długiej szyi
przeciwnika, uskoczyłem strumieniowi ognia, który z kolei poleciał na
Ashite. W jednej sekundzie użyłem Lewitacji i usunąłem waderę z trasy
pocisku. Płomień rozbił się na drzewie, które zajęło się ogniem.
Wstrzymałem oddech, jednak moje obawy przed pożarem zostały szybko
zażegnane, gdy kula wody uderzyła w drzewo, gasząc ogień. Odetchnąłem z
ulgą, spoglądając w stronę, skąd przyleciała kula. Marry i Destiny
zmierzały w naszym kierunku.
-Jak dobrze, że nie posłuchałyście Ashity. – powiedziałem, a Alfa
skinęła głową, po czym zbliżyła się do małego smoka, spędzanego
łańcuchem. – To, co teraz?
<<Destiny? Marry? Ashita? Co teraz? ;-;>>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz