Jeszcze raz spojrzałam na znaki na marmurowej kolumnie. Przejechałam po nich łapą i powiedziałam:
- To starożytne runy...
- Znasz ten język? - spytał z nadzieją Vin.
- To nie język, tylko pismo - odparłam, nadal wpatrując się w znaki. - Z
tego co tu jest napisane, wychodzi na to, że to opowieść.
- Opowieść?
- "Było raz trzech królów; Gornak, Truflogon i Xantos. Byli to trzej
wilczy bracia, nie zrównani w magii i swojej sławie" - odczytałam.
Podeszłam do następnego filaru i czytałam dalej:
- "Prowadzili wspólne królestwo; Etiopię. Był to wielki i potężny kraj,
którym zgodnie i łagodnie rządzili trzej bracia" - następny filar głosił
takie napisy: - "Pewnego dnia królestwo zostało zaatakowane przez
tyrana, Ergosa. Ergos zniszczył cały kraj, który jednak zapieczętowany
zaklęciami, został przykryty gruzami, zachowując swoją świetność.
Wszyscy w zamku zostali uśpieni na sen prawie wieczny, aby po kilkuset
latach odnaleźć dwa wilki, które pewnego dnia, odmienią los zamku".
Spojrzałam na Vincenta. Patrzył osłupiały na marmurowe kolumny, które
teraz ponownie zrobiły się gładkie. Podeszłam do drzwi i przejechałam po
nich łapą. Odczytałam na głos słowa na nich wykute:
- "Mężny jak lew, sprytny jak wąż".
- Co to znaczy? - spytał Vin, podchodząc do mnie.
- To zagadka. Ten zamek. Jedna, wielka zagadka, Vincent! - wykrzyknęłam z
podekscytowaniem, a mój głos potoczył się echem po pięknej sali. - To
my mamy zmienić los zamku! A te drzwi - zerknęłam na misternie wykute
odrzwia z piękną klamką i napisem - są tylko początkiem. Nie ustąpią
dzięki zwykłemu naciśnięciu na klamkę. Tu chodzi o coś więcej. O coś, co
musi sprawdzić nasze męstwo i spryt.
Zaczęłam macać drzwi cal po calu, Vincent zaczął mnie naśladować. Po chwili wyszeptałam:
- To tu, Vin. Ten przycisk.
Wskazywałam łapą na drobny, złoty guziczek lekko wystający z wrót.
- Wciśnij - powiedział Vin, patrząc na mnie z przejęciem.
Nacisnęłam guzik, który cicho kliknął, a potem zniknął. Jednak po
chwili rozległ się chrzęst, potem huk metalu i tuż obok nas stanęła
wielka, żelazna klatka. W środku siedziała mantykora. Zaryczała
wściekle, a drzwiczki klatki otworzyły się z głośnym skrzypnięciem.
Mantykora wylazła przez nie i zaczęła groźnie młócić powietrze swoim
długim, wężowym ogonem. Potrząsnęła lwim łbem i znów zaryczała ochryple.
Rozłożyła nietoperze skrzydła na całą długość. A potem ruszyła prosto
na nas. Po chwili jednak oplotły ją dzikie, grube pnącza, przygwoździły
do ziemi i unieruchomiły. Kiedy zaryczała z bezsilnej złości, podeszłam
ponownie do drzwi, nie zwracając uwagi na Vincenta, który powiedział:
- Ja chciałem jej przyłożyć...
Teraz przed drzwiami pojawił się drobny stoliczek ze złota, na którym
stał kryształowy flakonik. Nieliczne promienie słońca wpadające przez
dziurę w suficie oraz światło promieniujące z Vincenta igrały na jego
nierównej powierzchni. Nad flakonikiem w drzwiach pojawił się napis:
"Zapłać".
- Zapłać... - powtórzyłam. Zapłać... ale czym? Obejrzałam się na Vincenta.
- Zapłać? - spytał. Kiwnęłam głową. - To proste. Krwią.
- Skąd wiesz? - zdziwiłam się.
- Och, w każdej bajce tak jest.
Przewróciłam oczami i uniosłam łapę, żeby zdobyć trochę krwi. Vincent
szybko opuścił moją łapę z powrotem na ziemię i powiedział takim tonem,
jakby wyjaśniał, że jeden plus jeden równa się dwa:
- Nie twoją krwią! Spryt. Krwią mantykory.
- Ale... - chciałam zaprzeczyć. Nie chciałam jej krzywdzić.
Po chwili jednak spostrzegłam, że z boku mantykory cieknie krew, choć
nie było na nim rany. Chwyciłam flakonik i napełniłam go ciepłą,
szkarłatną krwią potwora. Postawiłam pełny flakon na stoliku, który
zapadł się w ziemię. Drzwi otworzyły się, skrzypiąc przeraźliwie.
Wkroczyliśmy przez nie do obszernej, okrągłej sali z wieloma pochodniami
na ścianach. Jednak nie zdążyliśmy się jej przyjrzeć bliżej, bo po
chwili doszedł nas odgłos zamykanych drzwi za naszymi plecami, a potem
ściany sali zaczęły obracać się. Obracały się coraz szybciej i szybciej,
aż w końcu pochodnie na ścianach zmieniły się w pomarańczową linię.
Kiedy ściany się zatrzymały, nie wiedzieliśmy, które drzwi są tymi przez
które weszliśmy do okrągłej sali. Wszystkie wyglądały tak samo.
Wyglądało na to, że po tej stronie każde są takie same. Spytałam więc:
- Którymi idziemy?
- Tymi - wskazał łapą na drzwi naprzeciwko nas.
Podeszliśmy do nich i z duszą na ramieniu je pchnęłam. Nie ustąpiły. Pokręciłam łbem.
- Tymi nie przejdziemy.
- To mogą być te.
Podeszliśmy do innych drzwi, ale zanim ich dotknęłam, sala znów zaczęła
wirować. Kiedy wszystko sie uspokoiło, wybraliśmy pierwsze lepsze drzwi
i otworzyliśmy je. Znaleźliśmy się w długim korytarzu. Na ścianach
wisiały wielkie obrazy, w wielkich ozdobnych, misternych ramach wykutych
z brązu i srebra. Nad każdym wisiały aksamitne zasłony, opadające na
boki obrazów. Jedyne co mnie zdziwiło to, to, że płótna były puste. W
tej sali nie było innych drzwi. Z zrezygnowaniem się wycofaliśmy, a
potem okrągła sala zaczęła znów wirować. Wybraliśmy kolejne drzwi,
przeszliśmy przez nie i znaleźliśmy się w dobrze oświetlonej bibliotece.
Stosy ksiąg na wysokich, dębowych półkach oprawione były w wiekowe,
czarne skóry i czarne zamki. Zamknęliśmy drzwi i usłyszeliśmy wirowanie
okrągłej sali. Ściągnęłam z najbliższego regału jakiś gruby tom.
Przeczytałam tytuł (Tajemnice lotnictwa) i otworzyłam ją na pierwszej
lepszej stronie. Spojrzałam na bardzo dokładny rysunek skrzydlatego
wilka, narysowany wiecznym atramentem. Były tam notatki, uwagi,
wskazówki i plany. Zamknęłam księgę i odstawiłam na półkę. Ruszyliśmy do
drzwi na przeciw nas. Kiedy przez nie przeszliśmy, wkroczyliśmy do
małego pokoju. Na ścianie przed nami widniały wielkie drzwi. Ruszyliśmy
ku nim, gdy usłyszeliśmy chrapnięcie. Cofnęliśmy się szybko i
spojrzeliśmy pod łapy. Na grubym, włóczkowym dywanie leżał sfinks - pół
kobieta, pół lew - który przeciągał się beztrosko. Wstał, rozdziawił
wielką paszczę i spojrzał na nas. Uśmiechnął się tajemniczo i
powiedział:
- Jeśli chcecie przejść do sali tronowej, musicie odpowiedzieć na moja zagadkę.
Spojrzeliśmy po sobie.
- Ostrzegam was jednak - przemówił znów sfinks, zaczynając krążyć od
ściany do ściany - że jeśli odpowiecie błędnie, rzucę się na was. Jeśli
będziecie milczeć, pozwolę wam zawrócić i poszukać innej drogi.
Przepuszczę was, jeśli odpowiedź będzie prawidłowa.
Kiwnęłam głową, Vin również. Sfinks usiadł przed nami i wyrecytował:
- Najpierw pomyśl o kimś, kto żegna się czule,
Potem się zastanów, czego ci brakuje,
Gdy mówisz o chłopcu, że kogoś całuje.
Wreszcie dodaj do tego sam końca początek,
Albo koniec początku. Już złapałeś wątek.
Bo gdy to połączysz - już spokojna głowa,
Wyjdzie ci stworzenie, chociaż nie osoba,
Którego byś nigdy nie chciał pocałować.
Słuchałam tego ogłupiała. Co to miało być!?
- Ktoś, kto żegna się czule... - powtórzyłam, myśląc intensywnie. - Vincent, co Ty na to?
- Ktoś kto się żegna, zwykle mówi "pa" - odparł wzruszając ramionami.
Sfinks już otwierał usta i się podnosił, ale krzyknęłam szybko:
- To nie jest nasza odpowiedź!
Sfinks usiadł ponownie. Myślałam gorączkowo. No tak, Vin ma rację. Ktoś
kto się żegna, mówi "pa". Ale... gdy mówisz o chłopcu, że kogoś całuje?
- Ją! - szepnęłam Vincentowi w ucho. - Chłopak całuje ją!
- Racja - przyznał. - Ale końca początek, lub początek końca?
- Nie wiem - powiedziałam w rozpaczy, chwytając się wszystkiego co mogłam wymyślić jak tonący koła ratunkowego.
- Już wiem! - oznajmił mi szybko. - Początek końca to litera "k"!
- No jasne! - zwróciłam się do sfinksa. - Możesz powtórzyć trzy ostatnie wersy?
Sfinks uśmiechnął się i powtórzył spokojnie. Kiwnęłam głową i powiedziałam głośno i wyraźnie:
- Pająk.
- Doskonale - pochwalił nas sfinks, który po chwili przesunął się w bok,
odsłaniając nam drogę. Wkroczyliśmy do ogromnej, oświetlonej kolorowymi
lampami sali. Na samym środku stały trzy olbrzymie, złote trony
wysadzane szlachetnymi kamieniami. Siedziały w nich trzy wilki; ich
głowy opadły im na ramiona. Wokół nich w całej sali spały inne wilki,
różnej wielkości i maści. Podeszliśmy do tronów. Jednak po chwili prze
dnami pojawiły się w powietrzu ogniste słowa: "Obudźcie ich. Przekażą
wam tajemnicę zamku i umrą ze starości. Nie martwcie się o nich. Byli
dobrzy za życia". Zaledwie zdążyliśmy to przeczytać, napis zniknął.
Spojrzałam na Vincenta.
- Niby jak mamy ich obudzić, skoro to magiczny sen? - spytałam, patrząc
na trzech królów pogrążonych w czarodziejskim stanie spoczynku.
<Vin?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz