piątek, 7 sierpnia 2015

Od Amfitryny CD Vincent

Jeszcze raz spojrzałam na znaki na marmurowej kolumnie. Przejechałam po nich łapą i powiedziałam:
- To starożytne runy...
- Znasz ten język? - spytał z nadzieją Vin.
- To nie język, tylko pismo - odparłam, nadal wpatrując się w znaki. - Z tego co tu jest napisane, wychodzi na to, że to opowieść.
- Opowieść?
- "Było raz trzech królów; Gornak, Truflogon i Xantos. Byli to trzej wilczy bracia, nie zrównani w magii i swojej sławie" - odczytałam.
Podeszłam do następnego filaru i czytałam dalej:
- "Prowadzili wspólne królestwo; Etiopię. Był to wielki i potężny kraj, którym zgodnie i łagodnie rządzili trzej bracia" - następny filar głosił takie napisy: - "Pewnego dnia królestwo zostało zaatakowane przez tyrana, Ergosa. Ergos zniszczył cały kraj, który jednak zapieczętowany zaklęciami, został przykryty gruzami, zachowując swoją świetność. Wszyscy w zamku zostali uśpieni na sen prawie wieczny, aby po kilkuset latach odnaleźć dwa wilki, które pewnego dnia, odmienią los zamku".
Spojrzałam na Vincenta. Patrzył osłupiały na marmurowe kolumny, które teraz ponownie zrobiły się gładkie. Podeszłam do drzwi i przejechałam po nich łapą. Odczytałam na głos słowa na nich wykute:
- "Mężny jak lew, sprytny jak wąż".
- Co to znaczy? - spytał Vin, podchodząc do mnie.
- To zagadka. Ten zamek. Jedna, wielka zagadka, Vincent! - wykrzyknęłam z podekscytowaniem, a mój głos potoczył się echem po pięknej sali. - To my mamy zmienić los zamku! A te drzwi - zerknęłam na misternie wykute odrzwia z piękną klamką i napisem - są tylko początkiem. Nie ustąpią dzięki zwykłemu naciśnięciu na klamkę. Tu chodzi o coś więcej. O coś, co musi sprawdzić nasze męstwo i spryt.
Zaczęłam macać drzwi cal po calu, Vincent zaczął mnie naśladować. Po chwili wyszeptałam:
- To tu, Vin. Ten przycisk.
Wskazywałam łapą na drobny, złoty guziczek lekko wystający z wrót.
- Wciśnij - powiedział Vin, patrząc na mnie z przejęciem.
Nacisnęłam guzik, który cicho kliknął, a potem zniknął. Jednak po chwili rozległ się chrzęst, potem huk metalu i tuż obok nas stanęła wielka, żelazna klatka. W środku siedziała mantykora. Zaryczała wściekle, a drzwiczki klatki otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Mantykora wylazła przez nie i zaczęła groźnie młócić powietrze swoim długim, wężowym ogonem. Potrząsnęła lwim łbem i znów zaryczała ochryple. Rozłożyła nietoperze skrzydła na całą długość. A potem ruszyła prosto na nas. Po chwili jednak oplotły ją dzikie, grube pnącza, przygwoździły do ziemi i unieruchomiły. Kiedy zaryczała z bezsilnej złości, podeszłam ponownie do drzwi, nie zwracając uwagi na Vincenta, który powiedział:
- Ja chciałem jej przyłożyć...
Teraz przed drzwiami pojawił się drobny stoliczek ze złota, na którym stał kryształowy flakonik. Nieliczne promienie słońca wpadające przez dziurę w suficie oraz światło promieniujące z Vincenta igrały na jego nierównej powierzchni. Nad flakonikiem w drzwiach pojawił się napis: "Zapłać".
- Zapłać... - powtórzyłam. Zapłać... ale czym? Obejrzałam się na Vincenta.
- Zapłać? - spytał. Kiwnęłam głową. - To proste. Krwią.
- Skąd wiesz? - zdziwiłam się.
- Och, w każdej bajce tak jest.
Przewróciłam oczami i uniosłam łapę, żeby zdobyć trochę krwi. Vincent szybko opuścił moją łapę z powrotem na ziemię i powiedział takim tonem, jakby wyjaśniał, że jeden plus jeden równa się dwa:
- Nie twoją krwią! Spryt. Krwią mantykory.
- Ale... - chciałam zaprzeczyć. Nie chciałam jej krzywdzić.
Po chwili jednak spostrzegłam, że z boku mantykory cieknie krew, choć nie było na nim rany. Chwyciłam flakonik i napełniłam go ciepłą, szkarłatną krwią potwora. Postawiłam pełny flakon na stoliku, który zapadł się w ziemię. Drzwi otworzyły się, skrzypiąc przeraźliwie. Wkroczyliśmy przez nie do obszernej, okrągłej sali z wieloma pochodniami na ścianach. Jednak nie zdążyliśmy się jej przyjrzeć bliżej, bo po chwili doszedł nas odgłos zamykanych drzwi za naszymi plecami, a potem ściany sali zaczęły obracać się. Obracały się coraz szybciej i szybciej, aż w końcu pochodnie na ścianach zmieniły się w pomarańczową linię. Kiedy ściany się zatrzymały, nie wiedzieliśmy, które drzwi są tymi przez które weszliśmy do okrągłej sali. Wszystkie wyglądały tak samo. Wyglądało na to, że po tej stronie każde są takie same. Spytałam więc:
- Którymi idziemy?
- Tymi - wskazał łapą na drzwi naprzeciwko nas.
Podeszliśmy do nich i z duszą na ramieniu je pchnęłam. Nie ustąpiły. Pokręciłam łbem.
- Tymi nie przejdziemy.
- To mogą być te.
Podeszliśmy do innych drzwi, ale zanim ich dotknęłam, sala znów zaczęła wirować. Kiedy wszystko sie uspokoiło, wybraliśmy pierwsze lepsze drzwi i otworzyliśmy je. Znaleźliśmy się w długim korytarzu. Na ścianach wisiały wielkie obrazy, w wielkich ozdobnych, misternych ramach wykutych z brązu i srebra. Nad każdym wisiały aksamitne zasłony, opadające na boki obrazów. Jedyne co mnie zdziwiło to, to, że płótna były puste. W tej sali nie było innych drzwi. Z zrezygnowaniem się wycofaliśmy, a potem okrągła sala zaczęła znów wirować. Wybraliśmy kolejne drzwi, przeszliśmy przez nie i znaleźliśmy się w dobrze oświetlonej bibliotece. Stosy ksiąg na wysokich, dębowych półkach oprawione były w wiekowe, czarne skóry i czarne zamki. Zamknęliśmy drzwi i usłyszeliśmy wirowanie okrągłej sali. Ściągnęłam z najbliższego regału jakiś gruby tom. Przeczytałam tytuł (Tajemnice lotnictwa) i otworzyłam ją na pierwszej lepszej stronie. Spojrzałam na bardzo dokładny rysunek skrzydlatego wilka, narysowany wiecznym atramentem. Były tam notatki, uwagi, wskazówki i plany. Zamknęłam księgę i odstawiłam na półkę. Ruszyliśmy do drzwi na przeciw nas. Kiedy przez nie przeszliśmy, wkroczyliśmy do małego pokoju. Na ścianie przed nami widniały wielkie drzwi. Ruszyliśmy ku nim, gdy usłyszeliśmy chrapnięcie. Cofnęliśmy się szybko i spojrzeliśmy pod łapy. Na grubym, włóczkowym dywanie leżał sfinks - pół kobieta, pół lew - który przeciągał się beztrosko. Wstał, rozdziawił wielką paszczę i spojrzał na nas. Uśmiechnął się tajemniczo i powiedział:
- Jeśli chcecie przejść do sali tronowej, musicie odpowiedzieć na moja zagadkę.
Spojrzeliśmy po sobie.
- Ostrzegam was jednak - przemówił znów sfinks, zaczynając krążyć od ściany do ściany - że jeśli odpowiecie błędnie, rzucę się na was. Jeśli będziecie milczeć, pozwolę wam zawrócić i poszukać innej drogi. Przepuszczę was, jeśli odpowiedź będzie prawidłowa.
Kiwnęłam głową, Vin również. Sfinks usiadł przed nami i wyrecytował:
- Najpierw pomyśl o kimś, kto żegna się czule,
Potem się zastanów, czego ci brakuje,
Gdy mówisz o chłopcu, że kogoś całuje.
Wreszcie dodaj do tego sam końca początek,
Albo koniec początku. Już złapałeś wątek.
Bo gdy to połączysz - już spokojna głowa,
Wyjdzie ci stworzenie, chociaż nie osoba,
Którego byś nigdy nie chciał pocałować.

Słuchałam tego ogłupiała. Co to miało być!?
- Ktoś, kto żegna się czule... - powtórzyłam, myśląc intensywnie. - Vincent, co Ty na to?
- Ktoś kto się żegna, zwykle mówi "pa" - odparł wzruszając ramionami.
Sfinks już otwierał usta i się podnosił, ale krzyknęłam szybko:
- To nie jest nasza odpowiedź!
Sfinks usiadł ponownie. Myślałam gorączkowo. No tak, Vin ma rację. Ktoś kto się żegna, mówi "pa". Ale... gdy mówisz o chłopcu, że kogoś całuje?
- Ją! - szepnęłam Vincentowi w ucho. - Chłopak całuje ją!
- Racja - przyznał. - Ale końca początek, lub początek końca?
- Nie wiem - powiedziałam w rozpaczy, chwytając się wszystkiego co mogłam wymyślić jak tonący koła ratunkowego.
- Już wiem! - oznajmił mi szybko. - Początek końca to litera "k"!
- No jasne! - zwróciłam się do sfinksa. - Możesz powtórzyć trzy ostatnie wersy?
Sfinks uśmiechnął się i powtórzył spokojnie. Kiwnęłam głową i powiedziałam głośno i wyraźnie:
- Pająk.
- Doskonale - pochwalił nas sfinks, który po chwili przesunął się w bok, odsłaniając nam drogę. Wkroczyliśmy do ogromnej, oświetlonej kolorowymi lampami sali. Na samym środku stały trzy olbrzymie, złote trony wysadzane szlachetnymi kamieniami. Siedziały w nich trzy wilki; ich głowy opadły im na ramiona. Wokół nich w całej sali spały inne wilki, różnej wielkości i maści. Podeszliśmy do tronów. Jednak po chwili prze dnami pojawiły się w powietrzu ogniste słowa: "Obudźcie ich. Przekażą wam tajemnicę zamku i umrą ze starości. Nie martwcie się o nich. Byli dobrzy za życia". Zaledwie zdążyliśmy to przeczytać, napis zniknął. Spojrzałam na Vincenta.
- Niby jak mamy ich obudzić, skoro to magiczny sen? - spytałam, patrząc na trzech królów pogrążonych w czarodziejskim stanie spoczynku.

<Vin?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon
NewMooni
SOTT