czwartek, 12 listopada 2015

Od Meliendore - Człowiekiem być część 2

Do naszej jaskini weszła chwiejnym krokiem blada postać. Utykała na lewą nogę. Miała puste oczodoły, a z nich sączyła się krew. Jej usta rozszeżyły się w oszalałym uśmiechu. Jej biała sukienka kiedyś była biała, ale zmieniła swój kolor na bordowy, cała w krwi swoich pobratyńców. Po chwili jaskinia rozbrzmiała od histerycznego śmiechu dziewczyny. Dotknęła swojej twarzy, po czym wydrapała sobie policzek.
- Widziałam... śmierć moich bliskich - powiedziała cicho, łamiącym się głosem. - Ale teraz... już nic nie zobaczę... Nic nie zobaczę... nic nie zobaczę...
Yuki jęknęła tak głośno i smutno,że aż mi się jej zrobiło żal.Dziewczyna, nagle obróciła się, stając do nas tyłem. Odwróciła w naszą strone swoją twarz, kompletnie ignorując fakt, że ludzie nie potrafią tego zrobić. Po czym, szybkim, ale chwiejnym krokiem zaczęła iść w moją stronę. Nie mogłem się cofnąć. Nie mogłem się ruszyć. Nie mogłem nic zrobić. Dziewczyna wyciągnęła w moją strone smukłe palce zakończone długimi, przypominającymi pazury paznokciami.
- Ty też musiałeś na to patrzeć... Ale - nie obawiaj się. Ofiarujesz swój wzrok bogom. I już nic nie zobaczysz...nic nie zobaczysz.
W mgnieniu oka, ktoś, kto kiedyś był dziewczyną znalazł się tuż obok mnie. Całe moje życie przemknęło mi przed oczami. Pamiętam, jak poznałem Yuki. Chciała zawsze wszystkich przepraszać. Była bardzo skruszona, płakała, jak skrzywdziła muchę.
Wykrzywione palce nieubłagalnie zbliżały się do moich cennych gałek ocznych. Zobaczyłem, jak były coraz bliżej i bliżej.
Aż w końcu nic nie widziałem.
Wrzasnąłem na całe gardło żałośnie. Później zaskowyłem z bólu, jak wilk, którym kiedyś byłem. Wyłem długo i smutko, wkładając w ten dźwięk cały swój ból.
Gdy skończyłem, nadal krzyczałem. Mrugałem, czując pustkę po utracie moich ukochanych oczu. Ogarnęła mnie ciemność, nie mogłem pogodzić się z faktem, że już nigdy nic nie zobaczę. Stałem się kaleką, kulą u nogi. Nie będę w stanie ochronić żadnego członka watahy, nawet siebie. Zawyłem smutno kolejny raz w stronę księżyca. Po czym kaszlnąłem krwią i padłem na ziemię, poślizgając się o własną krew.
- To był najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam - szepnęła Yuki łamiącym się głosem. - Nie mam po co żyć.
Dziewczyna kurczowo ścisnęła moje gałki oczne. Krzyknęła, po czym jej wrzask się nagle urwał. Słyszałem jeszcze głośny odgłos przełykania. Nie byłem pewny, co się stało, jednak domyśliłem się, że Yuki pożegnała się z tym światem, dławiąc się moimi oczami.
Westchnąłem cicho, po czym zemdlałem.
Otworzyłem oczy. Zaraz, ja mam oczy! Podskoczyłem z radości. Zadowolony, rozejrzałem się dookoła. Nie postrzebowałem wiele czasu, aby stwierdzić, że nie jestem w swojej jakini. Znajdowałem się w lesie. Światło księżyca delikatnie padało na potężne drzewo. Na nim siedział niebieskowłosy chłopak w białej masce. Nie miała ona otworów na oczy. W niektórych miejscach miała namalowany czarne napisy. Ubrany był w czarną marynarkę i śnieżnobiałą koszulę. Na jego obojczyku luźno spoczywał krawat.
 Chłopak machał nogami, a jego twarz była zwrócona w kierunku księżyca. Po chwili zwrócił się w moja stronę. Szybko zeskoczył z gałęzi i podbiegł w moją stronę. W każdym jego ruchu ukryta była tępa wściekłość.
 - Co ty tu robisz?! Nie powinno cie tu być! - syknął wkurzony.
Po czym złapał mnie za bluzkę i przywalił w twarz.
Znowu ogarnęła mnie ciemność.
- Ah, więc to był tylko sen - westchnąłem żałośnie. - I co ja teraz zrobię? Pewnie umrę za parę dni z pragnienia. Jak ja mam polować bez oczu? Tak, z głodu także najpewniej zdechnę...
Nagle, poczułem czyiś oddech na karku.
- O, to ty żyjesz - powiedział przejętym tonem Leorion.
- Wolałbym zginąć - odparłem smutno.
Po chwili ponurego milczenia, demon odparł śmiertelnie poważnie :
- Oddam Ci moje gałki oczne.
I znów zapadła ponura cisza.
- Nie ma mowy! To się nie uda, Leorion, a ja się na to nie zgodzę.
Leo chyba tupnął, nie jestem jednak tego do końca pewien, przecież tego nie zobaczyłem.
- Nic mnie to nie obchodzi! Oddam Ci je i już.
- Nie, Leorion, to rozkaz! - warknąłem na nieposłusznego towarzysza.- Możesz dla nas coś upolować. I najlepiej przynieś jeszcze coś do picia. W tym czasie ja się prześpię. Muszę się oswoić z myślą braku dosyć istotnego zmysłu.
Po chwili cichego buntu, usłyszałem, jak kroki mojego towarzysza robią się coraz cichsze, i cichsze, aż w końcu nie zdołałem ich usłyszeć. Utysfakcjonowany, obróciłem się wokół własnej osi ( co musiało wyglądać dosyć śmiesznie, skoro jestem człowiekiem ) i padłem jak długi, udając się w krainę Hypnosa.
Tym razem śniłem bez snów, jak przed narodzinami. Promienie słońca brutalnie oznajmiły, że jest ranek. Miałem wrażenie, że wypalą mi oczy. Oczy, oczy...
Zaraz, ja widzę ! Mam nadzieję, że tym razem to prawda.
Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem, ale nie teraz czas na takie rozmyślania. Podskoczyłem z radości i zaśmiałem się głośno. Ciekawe, czy Leorio wrócił już z polowania. Zacząłem wypatrywać sługi. Przede mną - pusto, tylko jaskinia, nade mną, jak zwykle, zwisały ostre kryształy. Jak zawsze, zdawało mi się, że zaraz spadną... Nagle, kątem oka zauważyłem czarną postać. Była na zewnątrz.
Nie czekając więcej, pędem udałem się w strone wyjścia.
Po policzkach mojego demona spłynęły łzy. W swoich łapach trzymał ostre miecz, a jego koniuszek skierowany był wprost bijącego serca. Leo jęknął cicho, po czym ostrze zaczęło powoli znikać w jego klatce piersiowej.
Spróbowałem nie krzyknąć na niego.
- Natychmiast przestań - spróbowałem to powiedzieć ze stoickim spokojem, jednakże głos mi się załamywał.
Leorion pogrążył się w rozpaczy. Nie zaszczycając mnie wzrokiem, drżącym głosem odpowiedział :
- Nie. Zabiłem tyle niewinnych osób, zniszczyłem tak wiele dusz... Nie zdołałem Cię ochronić aż trzy razy. Za ostatnim straciłeś wzrok, a ja sobie lekceważająco spałem. Nie mam prawa żyć. Nie jestem godzien tego zaszytu, bycia przy Tobie.
Pokręciłem głową, sytuacja nie jest najlepsza. Muszę być bardzo, ale to bardzo ostrożny. Jeden fałszywy ruch, a Leo pożegna się z życiem.
- Leorion, natychmiast przestań! - ryknąłem na niego wściekle.
Zaskoczony towarzysz natychmiast opuścił miecz. Westchnąłem z ulgą, sytuacja w miare opanowana.
- Posłuchaj. Nie byłeś w stanie mnie ochronić, więc więcej ćwicz, aby stać się silniejszym, razem ze mną. Jest już dobrze, jestem tu razem z tobą. No i nie mazgaj mi się tu! - powiedziałem spokojnie, jednak po policzkach łzy płynęły mi strumieniami.
- Dobrze, ogarnę się już - odparł pokornie Leo, błądząc wzrokiem po ziemi.
- Spójrz mi w oczy, a nie w grunt - powiedziałem z uśmiechem.
Leo chwilę się uśmiechał, a po chwili parsknął śmiechem.
- Siedzi dwój niewidomych na ławce, nagle jeden kichnął. Na to drugi : Weź mi też pepsi otwórz - opowiedziałem kawał rozbawiony.
Leorio wybuchnął jeszcze większym śmiechem, mimo, że to był taki suchar.
- To wredne... I dlatego takie zabawne ! - wypalił demon.
Po chwili razem tarzaliśmy się ze śmiechu. Gdy minęła nam ochota na wspólne śmianie się, wstaliśmy i otrzepaliśmy się z piasku. Spojrzałem na mojego towarzysza.
- Nie no, wzrok mi powrócił. Widzisz? - wskazałem na moje przywrócone oczy.
Mój towarzysz spojrzał się na mnie dziwnie. Po chwili milczenia walnął się w czoło.
- Ale my jesteśmy głupi! Potrafisz się uzdrawiać - oznajmił, znowu w dobrym humorze.
- Pozostał jeszcze jeden problem - pokazałem gestem na siebie. - Tego ciała.
Leorion spojrzał na mnie i przechylił łepek.
- Niebrzydki jesteś, nie chciałbyś zostać w takiej postaci? - zapytał zaciekawiony.
- Absolutnie nie. To ciało jest zbyt wolne - pokręciłem zdecydowanie głową.
- Ale spójrz na to z tej strony. Jesteś przynajmniej 2 razy wyższy i silniejszy. - odparł Leorion pewnie.
- Czuje się wilkiem - odpowiedziałem pewnie.
- A ja aniołem, a jestem demonem. Równocześnie mógłbym czuć się ziemniakiem, ten argument i tak jest bez sensu - upierał się przy swoim lokaj.
- Należę do watahy, a w watasze są wilki, a nie ludzie - odparłem.
- Najwyższa pora to zmienić - zaśmiał się Leorion.
- EJ, z tobą się nie da kłócić - uśmiechnąłem się czule do demona. - Musimy znaleźć tego chłopca, i muszę się przemienić, koniec kropka. Tylko bez jego zabijania, proszę. Przez ostatnie pare dni mam dość martwych.
Leorio zgodził się w milczeniu.
- Najpierw wypadałoby posprzątać naszą ukochaną jaskinię. Na wejściu leży trup, a w jaskinia dosłownie tonie we krwi. - zaproponował po chwili.
W kilku krokach byliśmy we wnętrzu jaskini. Niestety, ktoś tam był przed nami. Czerwonowłosa dziewczyna w słuchawkach na głowie z niedowierzaniem wpatrywała się w leżącą we krwi postać. Miała pute oczodoły, a w ustach nadal trzymała moje biedne oczy. Po chwili oceniania wzrokiem, spojrzała na mnie.
- Co to, do diaska ma być? - zapytała się mocno zdziwiona.
Westchnąłem głośno i opowiedziałem, na przemian z Leoriem tą długą i zawiłą historię.
- Tylko, proszę, nikomu nie mów. - poprosiłem grzecznie.
- Spoko, wytrzymam w tajemnicy - machnęła ręką.
- A tak wogóle, to kim jesteś? - zapytałem krzywy uśmiechem.
- No, Riki - odparła - A ty?
- A, to ty, Riki! Więc Ciebie też to spotkało - zaśmiałem się z ulgą, wiedząc, że to moja dawna znajoma - Mello jestem.
- To ty! - odpowiedziała - Ja lecę, mam misję do spełnienia.
- To pa, i pamiętaj - nikomu ani słowa! - powiedziałem, do wychodzącej wadero-dziewczyny.
- Pa-pa! Pamiętam ! - odkrzyknęła w oddali.
Spojrzałem na wychodzącą waderę i po chwili odetchnąłem bez obaw. Miałem szczęście, że to Riki - ona raczej nikomu nie powie. Mogłaby się z tej sytuacji zrobić guba sprawa - w końcu z mojej winy nie żyło 5 osób...
- Czas zacząć porządki - postanowił Leorion, przerywając ciszę.
Bez słowa chwyciłem delikatne ciało martwej dziewczyny i cisnąłem je przez otwór w drzwiach.
- Heh, tak to ty jej nie ukryjesz - uśmiechnął się do mnie demon. - Trzyba ją zakopać.
- Racja - przytaknąłem, po czym poszedłem z Leonem szukać Yuki.
Chodziłem po miękkiej trawie, która lekko uginała się pod moim ciężarem, tworząc za mną ślady. Za mną czarna postać stawiała łapy dokładnie wtedy, kiedy ja, niczym cień. Słychać było szelest liści, które tańczyły wokół nas z podmuchem wiatru. Nie zauważyłem, kiedy brutalnie jasne światło słoneczne zamieniło się w delikatny blask księżyca.
 Nagle, usłyszałem piosenkę.
Nucił ją, jakby od niechcenia melodyjny głos. Był dźwięczny, było w nim coś hipnotyzującego. Mruczał jakieś słowa, jednak nie byłem w stanie nic zrozumieć.
- To język demonów - powiedział Leorion, przerywając milczenie.
Chciałem się zapytać, co on tam nuci, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie. Moim jedynym pragnieniem było słuchanie tej niebiańskiej piosenki. Zmrużyłem oczy i nastawiłem uszy, aby dokładniej móc ją słuchać.
Nie zauważyłem kiedy, ale moje ciało się niemalże całkowicie rozluźniło. Powoli, stopniowo, zaczynając od uszu, sparaliżowało moje ciało.
- Nie słuchaj jej! - krzyknął Leorion spanikowany zakrywając mi uszy.
Szybko także zasłoniłem uszy i zacząłem biec w stronę bezpiecznej jaskini. Nie było łatwo - czułem, jak z każdym krokiem tracę coraz większą kontrolę nad moim ciałem.
- I pomyśleć, że taka piękna melodia może okazać się zabójcza - szepnałem, po czym potknąłem sie o własne nogi i padłem na ziemię, tuż przed naszym domem.
-Ojojoj, co ja z tobą mam... - westchnął mój demon z uśmiechem.
Złapał mnie na śnieżnobiałą koszulę i, szarpiąc, spróbował przeciągnąć mnie do jaskini. Bez skutku. Złapał więc za włosy i spróbował ponownie.
- Auć! Bez przesady - skrzywiłem się.
Po chwili myślenia Leo złapał mnie na nogawki i podjął dalszą nieudolną próbę. Oczywiście, także zakończona porażką. Demon prychnął zdenerowany.
- Dajże już spokuj - zaśmiałem się, patrząc na towarzysza. - Już czuję, jak wracają mi siły. Możemy ten czas wykorzystać, planując atak na białowłosego.
Leorion skinął głową.
- Tak więc, słucham - ponaglił.
- Pewne jest, że ma moc zmieniania kogoś w jakieś zwierzę. Ja wiem tylko tyle, a pokazał coś jeszcze po tym, jak straciłem przytomność?
- Umie śpiewać, hipnotyzuje demonicznym śpiewem swoje ofiary. Mogłeś się o tym dwa razy przekonać -dodał Leo.
- Musimy załatwić jakieś zatyczki... Coś jeszcze? - zapytałem.
- Nie, chyba nie. - odparł niepewnie sługa.
- Zaczekajmy, aż wrócą nam siły. Wypchajmy sobie uszy liśćmi, potem udamy się na białowłosego! - postanowiłem pewnie.
- Rozkaz! - odkrzyknął demon podnosząc łeb z dumą.
~~ Parę godzin później ~~
Pełni zapału, z wypchanymi uszami, udaliśmy się w stronę lasu, dokładnie tam, skąd wcześniej wydobywała się niebańska melodia. Było mi trochę żal, że nie jestem w stanie jej usłyszeć. Cóż, coś za coś - wolę przeżyć.
Po krótkim marszu, ujrzałem go. Światło księżyca delikatnie padało na potężne drzewo. Na nim młody chłopczyk siedział na najgrubszej gałęzi. Machał, jakby od niechcenia nogami, a jego twarz zwrócona była w lewą stronę. Miał on dość nietypowe ciuchy, jak na chłopca w swoim wieku. Ubrany był w czarną marynarkę i śnieżnobiałą koszulę. Na jego obojczyku luźno spoczywał krawat. W tym świetle, jego śnieżnobiałe włosy przybrały lekko niebieskawy kolor. Miał dwukolorowe oczy, a na każdym kawałku jego ciała była blizna stworzona ze szwów. Nagle, obrócił się, a jego wzrok spoczył na moich oczach.
- Widzę, że wzrok Ci powrócił. Proszę bardzo, nie musisz mi dziękować - chłopczyk uśmiechnął się tajemniczo.
Szybko zeskoczył z drzewa i podbiegł do mnie. Nie byłem pewny, kogo dokładnie, ale kogoś mi przypominał.
Przyłożył swoją twarz do mojej. Nagle, lekki podmuch wiatru strącił z moich uszu chmarę liści.
- Cieszę się, że pozabijałeś tych ludzi za mnie. Obawiałem się, że będę musiał się ubrudzić krwią - szepnął złowrogo.
Stanąłem jak wyryty. Oni wszyscy mu ufali, uważali za członka rodziny, chronili go, a on... Zamierzał ich zdradzić! Znienacka poczółem niechęć do małego chłopca, jednak on coraz bardziej mnie interesował. Kim tak naprawdę jest? Jakie są jego zamiary?
- Otóż od dawna zastanawiałem się, skąd ludzie nagle dostali moce. Ale teraz już wiem - pchnął mnie w klatkę piersiową. - To przez was! Dzięki Tobie dowiedziałem się, jakie są możliwości wilków, przyznam, że są niegłupie i rozumne. Dlaczego? Nie posiadacie strón głosowych - nie możecie mówić. Wasze mózgi są za małe, aby rozumnie myśleć. Jak to możliwe, żeby zamrażać spojrzeniem? Chcę otrzymać odpowiedź. Muszę pokroić kilka i sprawdzić, jaki organ jest za to odpowiedzialny - młody ponownie się uśmiechnął w naszą stronę.
Zrobił pauzę i usiadł na trawię. Wyciągnął z kieszeni marynarki klocki lego,po czym zaczął się nimi bawić.
- Koniec końców, to nadal dziecko - mruknął cicho towarzysz.
Nagle, małe palce chłopczyka zacisnęły się kurczowo na zabawce, aż kłykcie mu pobielały. Po chwili otworzył dłoń, na której był tylko proch - marna pozostałość po klocku. Chłopiec zaczął się histerycznie śmiać.
- Najpierw, zamienie się w ciebie i pod Twoją postacią udam się w stronę watahy. Zaatakuje, gdy Twoi pobratyńcy będą się tego najmniej spodziewać. Ale, ciebie oszczędzę. A wiesz, dlaczego? - dwukolorowe oczy chłopca spojrzały się na mnie pytająco.
- Nie. - odparłem zwięźle.
- Bo i tak mi nic nie zrobicie! - zaśmiał się głośno chłopiec. - Mogę mieć każdą moc, kogo kawałek ciała stał się moim ciałem. Mówiąc krótko, jestem BOGIEM !
Wtem, bez uprzedzenia, chłopiec zniknął nam z pola widzenia.
- To była moc Marca... - powiedziałem smutno.
- Heh, co za głupek. Mówi całemu światu swój plan - zadrwił demon.
- Czym prędzej udajmy się strone wioski. - powiedziałem pewnie. - Zabiję małego gnoja.
- Ale to tylko dziecko - jęknął Leorio.
- Nic mnie to obchodzi! Mógłby być nawet moją matką. Zamorduję każdego, kto chce skrzywdzić moją watahę. - wykrzyczałem wściekle, z czystą nienawiścią.
Bez słowa pobiegłem w stronę siedzimy stada, a tuż za mną, niczym cień, gnał Leo. Wtem, jak grom z jasnego nieba, stanęł przede mną młody elf. Miał w lewej ręcę niebieski miecz, a w prawej trzymał za stopę moją znajomą Yuko. Wydawał się być wkurzony.
- Co to ma być?! - warknął - Idę sobie na polowanie, a tu, ze strony waszej jaskini spada na mnie trup!
Pokazał dobitnie na ciało młodej dziewczyny.
- A... to tutaj się podziała! - zaśmiałem się nerwowo.
Wyczułem w młodym elfie obecność Toshiro. Pewnie i on się przemienił.
Ciąg Dalszy Nastąpi.
Chyba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon
NewMooni
SOTT