Do naszej jaskini weszła chwiejnym krokiem blada postać. Utykała na lewą
nogę. Miała puste oczodoły, a z nich sączyła się krew. Jej usta
rozszeżyły się w oszalałym uśmiechu. Jej biała sukienka kiedyś była
biała, ale zmieniła swój kolor na bordowy, cała w krwi swoich
pobratyńców. Po chwili jaskinia rozbrzmiała od histerycznego śmiechu
dziewczyny. Dotknęła swojej twarzy, po czym wydrapała sobie policzek.
- Widziałam... śmierć moich bliskich - powiedziała cicho, łamiącym się
głosem. - Ale teraz... już nic nie zobaczę... Nic nie zobaczę... nic nie
zobaczę...
Yuki jęknęła tak głośno i smutno,że aż mi się jej zrobiło
żal.Dziewczyna, nagle obróciła się, stając do nas tyłem. Odwróciła w
naszą strone swoją twarz, kompletnie ignorując fakt, że ludzie nie
potrafią tego zrobić. Po czym, szybkim, ale chwiejnym krokiem zaczęła
iść w moją stronę. Nie mogłem się cofnąć. Nie mogłem się ruszyć. Nie
mogłem nic zrobić. Dziewczyna wyciągnęła w moją strone smukłe palce
zakończone długimi, przypominającymi pazury paznokciami.
- Ty też musiałeś na to patrzeć... Ale - nie obawiaj się. Ofiarujesz
swój wzrok bogom. I już nic nie zobaczysz...nic nie zobaczysz.
W mgnieniu oka, ktoś, kto kiedyś był dziewczyną znalazł się tuż obok
mnie. Całe moje życie przemknęło mi przed oczami. Pamiętam, jak poznałem
Yuki. Chciała zawsze wszystkich przepraszać. Była bardzo skruszona,
płakała, jak skrzywdziła muchę.
Wykrzywione palce nieubłagalnie zbliżały się do moich cennych gałek ocznych. Zobaczyłem, jak były coraz bliżej i bliżej.
Aż w końcu nic nie widziałem.
Wrzasnąłem na całe gardło żałośnie. Później zaskowyłem z bólu, jak wilk,
którym kiedyś byłem. Wyłem długo i smutko, wkładając w ten dźwięk cały
swój ból.
Gdy skończyłem, nadal krzyczałem. Mrugałem, czując pustkę po utracie
moich ukochanych oczu. Ogarnęła mnie ciemność, nie mogłem pogodzić się z
faktem, że już nigdy nic nie zobaczę. Stałem się kaleką, kulą u nogi.
Nie będę w stanie ochronić żadnego członka watahy, nawet siebie. Zawyłem
smutno kolejny raz w stronę księżyca. Po czym kaszlnąłem krwią i padłem
na ziemię, poślizgając się o własną krew.
- To był najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam - szepnęła Yuki łamiącym się głosem. - Nie mam po co żyć.
Dziewczyna kurczowo ścisnęła moje gałki oczne. Krzyknęła, po czym jej
wrzask się nagle urwał. Słyszałem jeszcze głośny odgłos przełykania. Nie
byłem pewny, co się stało, jednak domyśliłem się, że Yuki pożegnała się
z tym światem, dławiąc się moimi oczami.
Westchnąłem cicho, po czym zemdlałem.
Otworzyłem oczy. Zaraz, ja mam oczy! Podskoczyłem z radości. Zadowolony,
rozejrzałem się dookoła. Nie postrzebowałem wiele czasu, aby
stwierdzić, że nie jestem w swojej jakini. Znajdowałem się w lesie.
Światło księżyca delikatnie padało na potężne drzewo. Na nim siedział
niebieskowłosy chłopak w białej masce. Nie miała ona otworów na oczy. W
niektórych miejscach miała namalowany czarne napisy. Ubrany był w czarną
marynarkę i śnieżnobiałą koszulę. Na jego obojczyku luźno spoczywał
krawat.
Chłopak machał nogami, a jego twarz była zwrócona w kierunku księżyca.
Po chwili zwrócił się w moja stronę. Szybko zeskoczył z gałęzi i
podbiegł w moją stronę. W każdym jego ruchu ukryta była tępa wściekłość.
- Co ty tu robisz?! Nie powinno cie tu być! - syknął wkurzony.
Po czym złapał mnie za bluzkę i przywalił w twarz.
Znowu ogarnęła mnie ciemność.
- Ah, więc to był tylko sen - westchnąłem żałośnie. - I co ja teraz
zrobię? Pewnie umrę za parę dni z pragnienia. Jak ja mam polować bez
oczu? Tak, z głodu także najpewniej zdechnę...
Nagle, poczułem czyiś oddech na karku.
- O, to ty żyjesz - powiedział przejętym tonem Leorion.
- Wolałbym zginąć - odparłem smutno.
Po chwili ponurego milczenia, demon odparł śmiertelnie poważnie :
- Oddam Ci moje gałki oczne.
I znów zapadła ponura cisza.
- Nie ma mowy! To się nie uda, Leorion, a ja się na to nie zgodzę.
Leo chyba tupnął, nie jestem jednak tego do końca pewien, przecież tego nie zobaczyłem.
- Nic mnie to nie obchodzi! Oddam Ci je i już.
- Nie, Leorion, to rozkaz! - warknąłem na nieposłusznego towarzysza.-
Możesz dla nas coś upolować. I najlepiej przynieś jeszcze coś do picia. W
tym czasie ja się prześpię. Muszę się oswoić z myślą braku dosyć
istotnego zmysłu.
Po chwili cichego buntu, usłyszałem, jak kroki mojego towarzysza robią
się coraz cichsze, i cichsze, aż w końcu nie zdołałem ich usłyszeć.
Utysfakcjonowany, obróciłem się wokół własnej osi ( co musiało wyglądać
dosyć śmiesznie, skoro jestem człowiekiem ) i padłem jak długi, udając
się w krainę Hypnosa.
Tym razem śniłem bez snów, jak przed narodzinami. Promienie słońca
brutalnie oznajmiły, że jest ranek. Miałem wrażenie, że wypalą mi oczy.
Oczy, oczy...
Zaraz, ja widzę ! Mam nadzieję, że tym razem to prawda.
Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem, ale nie teraz czas na takie
rozmyślania. Podskoczyłem z radości i zaśmiałem się głośno. Ciekawe, czy
Leorio wrócił już z polowania. Zacząłem wypatrywać sługi. Przede mną -
pusto, tylko jaskinia, nade mną, jak zwykle, zwisały ostre kryształy.
Jak zawsze, zdawało mi się, że zaraz spadną... Nagle, kątem oka
zauważyłem czarną postać. Była na zewnątrz.
Nie czekając więcej, pędem udałem się w strone wyjścia.
Po policzkach mojego demona spłynęły łzy. W swoich łapach trzymał ostre
miecz, a jego koniuszek skierowany był wprost bijącego serca. Leo jęknął
cicho, po czym ostrze zaczęło powoli znikać w jego klatce piersiowej.
Spróbowałem nie krzyknąć na niego.
- Natychmiast przestań - spróbowałem to powiedzieć ze stoickim spokojem, jednakże głos mi się załamywał.
Leorion pogrążył się w rozpaczy. Nie zaszczycając mnie wzrokiem, drżącym głosem odpowiedział :
- Nie. Zabiłem tyle niewinnych osób, zniszczyłem tak wiele dusz... Nie
zdołałem Cię ochronić aż trzy razy. Za ostatnim straciłeś wzrok, a ja
sobie lekceważająco spałem. Nie mam prawa żyć. Nie jestem godzien tego
zaszytu, bycia przy Tobie.
Pokręciłem głową, sytuacja nie jest najlepsza. Muszę być bardzo, ale to
bardzo ostrożny. Jeden fałszywy ruch, a Leo pożegna się z życiem.
- Leorion, natychmiast przestań! - ryknąłem na niego wściekle.
Zaskoczony towarzysz natychmiast opuścił miecz. Westchnąłem z ulgą, sytuacja w miare opanowana.
- Posłuchaj. Nie byłeś w stanie mnie ochronić, więc więcej ćwicz, aby
stać się silniejszym, razem ze mną. Jest już dobrze, jestem tu razem z
tobą. No i nie mazgaj mi się tu! - powiedziałem spokojnie, jednak po
policzkach łzy płynęły mi strumieniami.
- Dobrze, ogarnę się już - odparł pokornie Leo, błądząc wzrokiem po ziemi.
- Spójrz mi w oczy, a nie w grunt - powiedziałem z uśmiechem.
Leo chwilę się uśmiechał, a po chwili parsknął śmiechem.
- Siedzi dwój niewidomych na ławce, nagle jeden kichnął. Na to drugi :
Weź mi też pepsi otwórz - opowiedziałem kawał rozbawiony.
Leorio wybuchnął jeszcze większym śmiechem, mimo, że to był taki suchar.
- To wredne... I dlatego takie zabawne ! - wypalił demon.
Po chwili razem tarzaliśmy się ze śmiechu. Gdy minęła nam ochota na
wspólne śmianie się, wstaliśmy i otrzepaliśmy się z piasku. Spojrzałem
na mojego towarzysza.
- Nie no, wzrok mi powrócił. Widzisz? - wskazałem na moje przywrócone oczy.
Mój towarzysz spojrzał się na mnie dziwnie. Po chwili milczenia walnął się w czoło.
- Ale my jesteśmy głupi! Potrafisz się uzdrawiać - oznajmił, znowu w dobrym humorze.
- Pozostał jeszcze jeden problem - pokazałem gestem na siebie. - Tego ciała.
Leorion spojrzał na mnie i przechylił łepek.
- Niebrzydki jesteś, nie chciałbyś zostać w takiej postaci? - zapytał zaciekawiony.
- Absolutnie nie. To ciało jest zbyt wolne - pokręciłem zdecydowanie głową.
- Ale spójrz na to z tej strony. Jesteś przynajmniej 2 razy wyższy i silniejszy. - odparł Leorion pewnie.
- Czuje się wilkiem - odpowiedziałem pewnie.
- A ja aniołem, a jestem demonem. Równocześnie mógłbym czuć się
ziemniakiem, ten argument i tak jest bez sensu - upierał się przy swoim
lokaj.
- Należę do watahy, a w watasze są wilki, a nie ludzie - odparłem.
- Najwyższa pora to zmienić - zaśmiał się Leorion.
- EJ, z tobą się nie da kłócić - uśmiechnąłem się czule do demona. -
Musimy znaleźć tego chłopca, i muszę się przemienić, koniec kropka.
Tylko bez jego zabijania, proszę. Przez ostatnie pare dni mam dość
martwych.
Leorio zgodził się w milczeniu.
- Najpierw wypadałoby posprzątać naszą ukochaną jaskinię. Na wejściu
leży trup, a w jaskinia dosłownie tonie we krwi. - zaproponował po
chwili.
W kilku krokach byliśmy we wnętrzu jaskini. Niestety, ktoś tam był przed
nami. Czerwonowłosa dziewczyna w słuchawkach na głowie z
niedowierzaniem wpatrywała się w leżącą we krwi postać. Miała pute
oczodoły, a w ustach nadal trzymała moje biedne oczy. Po chwili
oceniania wzrokiem, spojrzała na mnie.
- Co to, do diaska ma być? - zapytała się mocno zdziwiona.
Westchnąłem głośno i opowiedziałem, na przemian z Leoriem tą długą i zawiłą historię.
- Tylko, proszę, nikomu nie mów. - poprosiłem grzecznie.
- Spoko, wytrzymam w tajemnicy - machnęła ręką.
- A tak wogóle, to kim jesteś? - zapytałem krzywy uśmiechem.
- No, Riki - odparła - A ty?
- A, to ty, Riki! Więc Ciebie też to spotkało - zaśmiałem się z ulgą, wiedząc, że to moja dawna znajoma - Mello jestem.
- To ty! - odpowiedziała - Ja lecę, mam misję do spełnienia.
- To pa, i pamiętaj - nikomu ani słowa! - powiedziałem, do wychodzącej wadero-dziewczyny.
- Pa-pa! Pamiętam ! - odkrzyknęła w oddali.
Spojrzałem na wychodzącą waderę i po chwili odetchnąłem bez obaw. Miałem
szczęście, że to Riki - ona raczej nikomu nie powie. Mogłaby się z tej
sytuacji zrobić guba sprawa - w końcu z mojej winy nie żyło 5 osób...
- Czas zacząć porządki - postanowił Leorion, przerywając ciszę.
Bez słowa chwyciłem delikatne ciało martwej dziewczyny i cisnąłem je przez otwór w drzwiach.
- Heh, tak to ty jej nie ukryjesz - uśmiechnął się do mnie demon. - Trzyba ją zakopać.
- Racja - przytaknąłem, po czym poszedłem z Leonem szukać Yuki.
Chodziłem po miękkiej trawie, która lekko uginała się pod moim ciężarem,
tworząc za mną ślady. Za mną czarna postać stawiała łapy dokładnie
wtedy, kiedy ja, niczym cień. Słychać było szelest liści, które tańczyły
wokół nas z podmuchem wiatru. Nie zauważyłem, kiedy brutalnie jasne
światło słoneczne zamieniło się w delikatny blask księżyca.
Nagle, usłyszałem piosenkę.
Nucił ją, jakby od niechcenia melodyjny głos. Był dźwięczny, było w nim
coś hipnotyzującego. Mruczał jakieś słowa, jednak nie byłem w stanie nic
zrozumieć.
- To język demonów - powiedział Leorion, przerywając milczenie.
Chciałem się zapytać, co on tam nuci, ale w ostatniej chwili zmieniłem
zdanie. Moim jedynym pragnieniem było słuchanie tej niebiańskiej
piosenki. Zmrużyłem oczy i nastawiłem uszy, aby dokładniej móc ją
słuchać.
Nie zauważyłem kiedy, ale moje ciało się niemalże całkowicie rozluźniło.
Powoli, stopniowo, zaczynając od uszu, sparaliżowało moje ciało.
- Nie słuchaj jej! - krzyknął Leorion spanikowany zakrywając mi uszy.
Szybko także zasłoniłem uszy i zacząłem biec w stronę bezpiecznej
jaskini. Nie było łatwo - czułem, jak z każdym krokiem tracę coraz
większą kontrolę nad moim ciałem.
- I pomyśleć, że taka piękna melodia może okazać się zabójcza -
szepnałem, po czym potknąłem sie o własne nogi i padłem na ziemię, tuż
przed naszym domem.
-Ojojoj, co ja z tobą mam... - westchnął mój demon z uśmiechem.
Złapał mnie na śnieżnobiałą koszulę i, szarpiąc, spróbował przeciągnąć
mnie do jaskini. Bez skutku. Złapał więc za włosy i spróbował ponownie.
- Auć! Bez przesady - skrzywiłem się.
Po chwili myślenia Leo złapał mnie na nogawki i podjął dalszą nieudolną
próbę. Oczywiście, także zakończona porażką. Demon prychnął zdenerowany.
- Dajże już spokuj - zaśmiałem się, patrząc na towarzysza. - Już czuję,
jak wracają mi siły. Możemy ten czas wykorzystać, planując atak na
białowłosego.
Leorion skinął głową.
- Tak więc, słucham - ponaglił.
- Pewne jest, że ma moc zmieniania kogoś w jakieś zwierzę. Ja wiem tylko
tyle, a pokazał coś jeszcze po tym, jak straciłem przytomność?
- Umie śpiewać, hipnotyzuje demonicznym śpiewem swoje ofiary. Mogłeś się o tym dwa razy przekonać -dodał Leo.
- Musimy załatwić jakieś zatyczki... Coś jeszcze? - zapytałem.
- Nie, chyba nie. - odparł niepewnie sługa.
- Zaczekajmy, aż wrócą nam siły. Wypchajmy sobie uszy liśćmi, potem udamy się na białowłosego! - postanowiłem pewnie.
- Rozkaz! - odkrzyknął demon podnosząc łeb z dumą.
~~ Parę godzin później ~~
Pełni zapału, z wypchanymi uszami, udaliśmy się w stronę lasu, dokładnie
tam, skąd wcześniej wydobywała się niebańska melodia. Było mi trochę
żal, że nie jestem w stanie jej usłyszeć. Cóż, coś za coś - wolę
przeżyć.
Po krótkim marszu, ujrzałem go. Światło księżyca delikatnie padało na
potężne drzewo. Na nim młody chłopczyk siedział na najgrubszej gałęzi.
Machał, jakby od niechcenia nogami, a jego twarz zwrócona była w lewą
stronę. Miał on dość nietypowe ciuchy, jak na chłopca w swoim wieku.
Ubrany był w czarną marynarkę i śnieżnobiałą koszulę. Na jego obojczyku
luźno spoczywał krawat. W tym świetle, jego śnieżnobiałe włosy przybrały
lekko niebieskawy kolor. Miał dwukolorowe oczy, a na każdym kawałku
jego ciała była blizna stworzona ze szwów. Nagle, obrócił się, a jego
wzrok spoczył na moich oczach.
- Widzę, że wzrok Ci powrócił. Proszę bardzo, nie musisz mi dziękować - chłopczyk uśmiechnął się tajemniczo.
Szybko zeskoczył z drzewa i podbiegł do mnie. Nie byłem pewny, kogo dokładnie, ale kogoś mi przypominał.
Przyłożył swoją twarz do mojej. Nagle, lekki podmuch wiatru strącił z moich uszu chmarę liści.
- Cieszę się, że pozabijałeś tych ludzi za mnie. Obawiałem się, że będę musiał się ubrudzić krwią - szepnął złowrogo.
Stanąłem jak wyryty. Oni wszyscy mu ufali, uważali za członka rodziny,
chronili go, a on... Zamierzał ich zdradzić! Znienacka poczółem niechęć
do małego chłopca, jednak on coraz bardziej mnie interesował. Kim tak
naprawdę jest? Jakie są jego zamiary?
- Otóż od dawna zastanawiałem się, skąd ludzie nagle dostali moce. Ale
teraz już wiem - pchnął mnie w klatkę piersiową. - To przez was! Dzięki
Tobie dowiedziałem się, jakie są możliwości wilków, przyznam, że są
niegłupie i rozumne. Dlaczego? Nie posiadacie strón głosowych - nie
możecie mówić. Wasze mózgi są za małe, aby rozumnie myśleć. Jak to
możliwe, żeby zamrażać spojrzeniem? Chcę otrzymać odpowiedź. Muszę
pokroić kilka i sprawdzić, jaki organ jest za to odpowiedzialny - młody
ponownie się uśmiechnął w naszą stronę.
Zrobił pauzę i usiadł na trawię. Wyciągnął z kieszeni marynarki klocki lego,po czym zaczął się nimi bawić.
- Koniec końców, to nadal dziecko - mruknął cicho towarzysz.
Nagle, małe palce chłopczyka zacisnęły się kurczowo na zabawce, aż
kłykcie mu pobielały. Po chwili otworzył dłoń, na której był tylko proch
- marna pozostałość po klocku. Chłopiec zaczął się histerycznie śmiać.
- Najpierw, zamienie się w ciebie i pod Twoją postacią udam się w stronę
watahy. Zaatakuje, gdy Twoi pobratyńcy będą się tego najmniej
spodziewać. Ale, ciebie oszczędzę. A wiesz, dlaczego? - dwukolorowe oczy
chłopca spojrzały się na mnie pytająco.
- Nie. - odparłem zwięźle.
- Bo i tak mi nic nie zrobicie! - zaśmiał się głośno chłopiec. - Mogę
mieć każdą moc, kogo kawałek ciała stał się moim ciałem. Mówiąc krótko,
jestem BOGIEM !
Wtem, bez uprzedzenia, chłopiec zniknął nam z pola widzenia.
- To była moc Marca... - powiedziałem smutno.
- Heh, co za głupek. Mówi całemu światu swój plan - zadrwił demon.
- Czym prędzej udajmy się strone wioski. - powiedziałem pewnie. - Zabiję małego gnoja.
- Ale to tylko dziecko - jęknął Leorio.
- Nic mnie to obchodzi! Mógłby być nawet moją matką. Zamorduję każdego,
kto chce skrzywdzić moją watahę. - wykrzyczałem wściekle, z czystą
nienawiścią.
Bez słowa pobiegłem w stronę siedzimy stada, a tuż za mną, niczym cień,
gnał Leo. Wtem, jak grom z jasnego nieba, stanęł przede mną młody elf.
Miał w lewej ręcę niebieski miecz, a w prawej trzymał za stopę moją
znajomą Yuko. Wydawał się być wkurzony.
- Co to ma być?! - warknął - Idę sobie na polowanie, a tu, ze strony waszej jaskini spada na mnie trup!
Pokazał dobitnie na ciało młodej dziewczyny.
- A... to tutaj się podziała! - zaśmiałem się nerwowo.
Wyczułem w młodym elfie obecność Toshiro. Pewnie i on się przemienił.
Ciąg Dalszy Nastąpi.
Chyba.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz