Dzień zaczął się spokojnie. Poczułam rześkie powietrze. Otworzyłam
powoli jedno oko po czym drugie. Podniosłam łepek i rozejrzałam się po
mojej jaskini, a później mój wzrok powędrował w stronę wyjścia.
Ziewnęłam głośno.
- No Riki. Czas wstawać- powiedziałam do siebie po czym wstałam i się
rozciągnęłam. Nagle zaburczało mi w brzuchu. Oho, widzę, że wypadałoby
coś zjeść. Wyszłam powoli z jaskini i powędrowałam w głąb Stardust
Forest. Po pewnym czasie szukania zwierzyny dostrzegłam nieduże stadko
saren. Zaczaiłam się na nie.
- Riki! Riki!- usłyszałam nagle czyści głos. Wyprostowałam się i
spojrzałam w jego stronę po czym na stado saren które właśnie uciekało w
sina dal. Westchnęłam po czym znowu popatrzyłam się w stronę z której
dobiegał głos. W moim kierunku biegła Klairney. Ale dlaczego wygląda na
taką wystraszoną?
- Hej Klairney. O co chodzi?- zapytałam ją. Wadera dobiegła do mnie po czym usiadła i zaczęła dyszeć.
- Masz… Masz iść do Alf- odpowiedziała.
- Dlaczego? Przeskrobałam coś?- dopytywałam. Teraz to ja byłam
wystraszona. Bałam się, że coś złego zrobiłam, ale to raczej Klairney by
inaczej się zachowywała w tedy…
- Nie ma czasu na wyjaśnienia! Po prostu nie ma! Musisz iść do Alf!-
powiedziała. Skoro mam iść to znaczy, że mam iść. Ruszyłam biegiem w
stronę jaskini pary Alfa, a Klairney wraz ze mną. W końcu byłyśmy na
miejscu. Wokół jaskini zgromadziło się kilkanaście wilków. Głównie
wojownicy, magowie, zabójcy, rycerze, saperzy i strzelcy. Stanęłam z
tyłu jednak nic nie widziałam wiec postanowiłam wdrapać się na drzewo.
Po chwili siedziałam na jednej z gałęzi pobliskiego drzewa i
przyglądałam się jaskini Alf. W końcu wyszła z niej Ashita i Zuko.
- Witajcie!- zaczęła Ashita- najpewniej jesteście ciekawi dlaczego
musicie tu być podczas takiego pięknego dnia. Otóż nasi zwiadowcy i
strażnicy zaobserwowali, że niedaleko naszych granic kręcą się obce
wilki. Przypuszczamy, że chcą nas zaatakować. Dlatego zwołaliśmy was.
Teraz wszyscy rozstawimy się przy granicach. Wiedzcie, że może to być
również fałszywy, ale jednak wszyscy uważacie, że lepiej być
przygotowanym na atak wroga. A teraz podzielę was i powiem gdzie macie
się znajdować- skończyła Ashita. Zuko nie wypowiadał się teraz za dużo.
Byłam trochę tym wystraszona. No, ale jestem wojownikiem i moim
obowiązkiem jest walczyć za watahę. W końcu Ashita nas podzieliła i
powiedziała gdzie na granicach mamy stać. Ja wraz z Ignisem, Daikim,
Toshirem i Gallardem miałam stać przy Tysiąc letniej puszczy. Ogółem
większość wilków była postawiona w miejscu gdzie był przewidywany główny
atak, jednak trzeba postawić też wilki w innych miejscach na wszelki
wypadek, co nie? Dodarliśmy do granicy Tysiącletniej Puszczy z polem
które już nie należało do watahy. Westchnąłem.
- Bita jest dla nas wygrana- powiedział do mnie Toshiro z uśmiechem.
- Obyś miał racje- rzekłam cicho.
- Bo mam racje- powiedział. Zaśmiałam się lekko. Wszyscy ustawiliśmy się
tak, by być daleko od siebie, ale nie za daleko. Żeby się widzieć, po
prostu. Niespokojnie chodziłam. Nagle usłyszałam wycie wilków. Ale nie
było to wilki w naszej watahy, były z obcej watahy. Czyżby już
przypuścili atak? Ale jak? Skąd wiedzieli, że jesteśmy już gotowi? No
dobra mogli widzieć, że się rozstawiamy, ale, że tak od razu
zaatakowali? Czyżby jakimś ich szpiegom udało się posłyszeć nasze plany?
Nie, coś mi tu nie gra… Ale przecież nie polecę teraz do Ashity i nie
powiem, że coś tu nie jest okey. Zresztą bym nie zdążyła. Ale co jeśli
zaatakują tu? Nie, trzeba zostać. Teraz najpewniej walczą wiec kolejny
powód dlaczego nie powinnam biec. Wszyscy którzy stali warz ze mną przy
Tysiącletniej Puszczy byli niespokojni. Choć bitwa toczyła się trochę
drogi stad to i tak można było słyszeć odgłosy walki. Nagle usłyszałam.
Czyjeś wycie. Nie było to wycie pochodzące stamtąd gdzie było więcej
wilków, a raczej było blisko nas. Popatrzyłam się w stronę z której
dochodziło. Moi towarzysze chyba też zwrócili na to uwagę, ponieważ
również popatrzyli się w tamtym kierunku. W naszą stronę zmierzała
więcej niż połowa watahy. C-czyli oni tam… Oni tam walczą i myślą, że to
tyle z tego będzie, a tak naprawdę to prawdziwy atak ma być tu?!
Zasadzka… Najprawdziwsza zasadzka… Nikt nie myślał, że na coś takiego
wpadnie wróg. Teraz chyba nic nam nie pozostało jak wysłać jedną z osób
które są wokół mnie do głównej części walki zabrać kilkunastu wojowników
tu. A tak to teraz musimy walczyć… My, na tyle wilków. Ale poradzimy
sobie, spróbujemy… Powiedziałam basiorom, że trzeba jednego wysłać by
przyprowadził więcej wilków do walki, a reszta będzie na razie walczyć.
Postanowiliśmy, że będzie to Daiki. Basior kiedy usłyszał, że ma to
zrobić ruszył biegiem w stronę gdzie był początek zasadzki. Za to my
przygotowaliśmy się by walczyć. Tosh przywołam Leo i Aquarias- Gwiezdne
duchy. Kolejni do walki. Gallardo, ponieważ posiada skrzydła, wzniósł
się na nich i zaczął atak z powietrza. Wilki chwilowi zajęły się nim i w
tedy my wkroczyliśmy. Wszyscy zaczęliśmy biec w stronę wrogów. Udało
nam się zlikwidować pierwszych nieprzyjaciół. Rzucałam zaklęcia na lewo i
prawo, gryzłam łapy lub szyje, skakałam po wrogach i słuchałam tylko
ich pisków. Na początku szło nam w miarę dobrze. Drobne rany nic
wielkiego, jednak później się zaczęło… Teraz większymi gromadami nas
atakowały. Aquarias nie miała już siły więc wróciła do klucza. Leo
jeszcze długo walczył, ale też wrócił. Gallardo za to oberwał w jedno ze
skrzydeł i nie mógł już latać. Biała sierść Toshira była teraz
czerwona, Ignis był nieźle poraniony bo poszedł w głąb… Ja też miałam
kilka ran jednak biegłam w głąb za Ignisem. W końcu sam sobie tam nie
poradzi. Szczerze nie wiedziałam co się dzieje. Wszędzie był pył, można
było słychać jęki i krzyki, przekleństwa. Jedyne na czym się skupiłam to
nie przewrócić się. Jednak to się nie udało. Nagle się przewróciłam.
Przekręciłam się tak by być na plecach. Zobaczyłam jak Tosiek pada na
ziemie i okrążają go wrogowie, zobaczyłam jak łapią Ignisa i szykują się
by go zabić, zobaczyłam jak łapią Gallardo za skrzydła… Łza spłynęła mi
po policzku. Okropny widok. Patrzeć jak twoi przyjaciele są okrążani,
przez nieprzyjaciela. Myślałam, że to koniec. Że zginiemy i nie
uratujemy watahy. Nagle skoczył na mnie jeden z obcych wilków.
Wyszczerzył kły i powiedział do mnie:
- To wasz koniec.
Pogodziłam się z tą myślą. Wilk zamierzał ugryźć mnie w tętnice.
Resztkami sił próbowałam go odepchnąć jednak to na nic. Nagle poczułam
jak coś podobnego do fali ogarnia pole bitwy. Podmuch powalił na ziemie
naszych wrogów czyli też powalił wilka który był nad mną. Podniosłam
lekko głowę. Ujrzałam, że niedaleko stoją wszyscy bogowie i boginie.
Iykos’a, Tora, Mizu, Myalo, Yuki, Tataki… Wszyscy! Moja Patronka Unmei
również. To właśnie od nich pulsowała ta dziwna fala. Nagle wszyscy
wrogowie zaczęli uciekać. No tak, w końcu z siłą bogów nie mieli szans.
Teraz zobaczyłam co się działo na ziemi. Wokół można było zobaczyć
martwe wilki. Ja jednak zamknęłam oczy i powoli wstałam. Chciałam
podejść do patronów jednak upadłam na ziemie. Teraz poczułam jak mnie
wszystko boli, jednak z wyczerpania straciłam przytomność. Nagle
odzyskałam zmysły. Teraz nic mnie nie bolało. Otworzyłam powoli oczy.
Zobaczyłam, że leże na białej posadce. Podniosłam lekko głowę i
spojrzałam, przed siebie. Zobaczyłam, że na białym tronie siedzi Unmei.
- Witaj Riki- powiedziała. Nie sądziłam, że kiedyś spotkam swoją patronkę.
- W-witaj- rzekłam po czym się podniosłam powoli i usiadłam.
- Co ja tu robię?- zapytałam. Bogini uśmiechnęłam się.
- Postanowiłam, że skoro masz mnie za Patronkę, uleczę trochę twoje
rany. Nie będą już takie jak były, a mniejsze- odpowiedziała.
- Dziękuje ci bardzo- rzekłam do patronka. Ta jeszcze raz się
uśmiechnęła, jednak ja znowu straciłam przytomność. Obudziłam się w
jaskini Meredith. Wokół mnie leżała większość wilków które brały udział w
walce. Wszyscy po pewnym czasie się obudzili i wszyscy mieli na sobie
bandaże. Niektórzy mniej, niektórzy więcej. Trudno w to uwierzyć, ale
wszyscy się śmialiśmy, opowiadaliśmy jak pokonywaliśmy przeciwników i
jak my też upadaliśmy. Mei za to sprawdzała czy z każdym jest dobrze po
czym usiadał przy nas. A co do bitwy no nigdy bym nie sądził, że będę
walczyć w ogromną ilością wilków tylko z trzema sprzymierzeńcami (z
pięcioma, jeśli licząc Gwiezdne duchy Toshira). Nigdy bym nie sądziła,
że na pomoc w bitwie przyjdą bogowie. Nigdy bym nie sądziła, że po walce
z wrogiem na moim pyszczku zawita szybko uśmiech.
KONIEC
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz