sobota, 14 listopada 2015

Od Riki - zadanie dla wojowników

Dzień zaczął się spokojnie. Poczułam rześkie powietrze. Otworzyłam powoli jedno oko po czym drugie. Podniosłam łepek i rozejrzałam się po mojej jaskini, a później mój wzrok powędrował w stronę wyjścia. Ziewnęłam głośno.
- No Riki. Czas wstawać- powiedziałam do siebie po czym wstałam i się rozciągnęłam. Nagle zaburczało mi w brzuchu. Oho, widzę, że wypadałoby coś zjeść. Wyszłam powoli z jaskini i powędrowałam w głąb Stardust Forest. Po pewnym czasie szukania zwierzyny dostrzegłam nieduże stadko saren. Zaczaiłam się na nie.
- Riki! Riki!- usłyszałam nagle czyści głos. Wyprostowałam się i spojrzałam w jego stronę po czym na stado saren które właśnie uciekało w sina dal. Westchnęłam po czym znowu popatrzyłam się w stronę z której dobiegał głos. W moim kierunku biegła Klairney. Ale dlaczego wygląda na taką wystraszoną?
- Hej Klairney. O co chodzi?- zapytałam ją. Wadera dobiegła do mnie po czym usiadła i zaczęła dyszeć.
- Masz… Masz iść do Alf- odpowiedziała.
- Dlaczego? Przeskrobałam coś?- dopytywałam. Teraz to ja byłam wystraszona. Bałam się, że coś złego zrobiłam, ale to raczej Klairney by inaczej się zachowywała w tedy…
- Nie ma czasu na wyjaśnienia! Po prostu nie ma! Musisz iść do Alf!- powiedziała. Skoro mam iść to znaczy, że mam iść. Ruszyłam biegiem w stronę jaskini pary Alfa, a Klairney wraz ze mną. W końcu byłyśmy na miejscu. Wokół jaskini zgromadziło się kilkanaście wilków. Głównie wojownicy, magowie, zabójcy, rycerze, saperzy i strzelcy. Stanęłam z tyłu jednak nic nie widziałam wiec postanowiłam wdrapać się na drzewo. Po chwili siedziałam na jednej z gałęzi pobliskiego drzewa i przyglądałam się jaskini Alf. W końcu wyszła z niej Ashita i Zuko.
- Witajcie!- zaczęła Ashita- najpewniej jesteście ciekawi dlaczego musicie tu być podczas takiego pięknego dnia. Otóż nasi zwiadowcy i strażnicy zaobserwowali, że niedaleko naszych granic kręcą się obce wilki. Przypuszczamy, że chcą nas zaatakować. Dlatego zwołaliśmy was. Teraz wszyscy rozstawimy się przy granicach. Wiedzcie, że może to być również fałszywy, ale jednak wszyscy uważacie, że lepiej być przygotowanym na atak wroga. A teraz podzielę was i powiem gdzie macie się znajdować- skończyła Ashita. Zuko nie wypowiadał się teraz za dużo. Byłam trochę tym wystraszona. No, ale jestem wojownikiem i moim obowiązkiem jest walczyć za watahę. W końcu Ashita nas podzieliła i powiedziała gdzie na granicach mamy stać. Ja wraz z Ignisem, Daikim, Toshirem i Gallardem miałam stać przy Tysiąc letniej puszczy. Ogółem większość wilków była postawiona w miejscu gdzie był przewidywany główny atak, jednak trzeba postawić też wilki w innych miejscach na wszelki wypadek, co nie? Dodarliśmy do granicy Tysiącletniej Puszczy z polem które już nie należało do watahy. Westchnąłem.
- Bita jest dla nas wygrana- powiedział do mnie Toshiro z uśmiechem.
- Obyś miał racje- rzekłam cicho.
- Bo mam racje- powiedział. Zaśmiałam się lekko. Wszyscy ustawiliśmy się tak, by być daleko od siebie, ale nie za daleko. Żeby się widzieć, po prostu. Niespokojnie chodziłam. Nagle usłyszałam wycie wilków. Ale nie było to wilki w naszej watahy, były z obcej watahy. Czyżby już przypuścili atak? Ale jak? Skąd wiedzieli, że jesteśmy już gotowi? No dobra mogli widzieć, że się rozstawiamy, ale, że tak od razu zaatakowali? Czyżby jakimś ich szpiegom udało się posłyszeć nasze plany? Nie, coś mi tu nie gra… Ale przecież nie polecę teraz do Ashity i nie powiem, że coś tu nie jest okey. Zresztą bym nie zdążyła. Ale co jeśli zaatakują tu? Nie, trzeba zostać. Teraz najpewniej walczą wiec kolejny powód dlaczego nie powinnam biec. Wszyscy którzy stali warz ze mną przy Tysiącletniej Puszczy byli niespokojni. Choć bitwa toczyła się trochę drogi stad to i tak można było słyszeć odgłosy walki. Nagle usłyszałam. Czyjeś wycie. Nie było to wycie pochodzące stamtąd gdzie było więcej wilków, a raczej było blisko nas. Popatrzyłam się w stronę z której dochodziło. Moi towarzysze chyba też zwrócili na to uwagę, ponieważ również popatrzyli się w tamtym kierunku. W naszą stronę zmierzała więcej niż połowa watahy. C-czyli oni tam… Oni tam walczą i myślą, że to tyle z tego będzie, a tak naprawdę to prawdziwy atak ma być tu?! Zasadzka… Najprawdziwsza zasadzka… Nikt nie myślał, że na coś takiego wpadnie wróg. Teraz chyba nic nam nie pozostało jak wysłać jedną z osób które są wokół mnie do głównej części walki zabrać kilkunastu wojowników tu. A tak to teraz musimy walczyć… My, na tyle wilków. Ale poradzimy sobie, spróbujemy… Powiedziałam basiorom, że trzeba jednego wysłać by przyprowadził więcej wilków do walki, a reszta będzie na razie walczyć. Postanowiliśmy, że będzie to Daiki. Basior kiedy usłyszał, że ma to zrobić ruszył biegiem w stronę gdzie był początek zasadzki. Za to my przygotowaliśmy się by walczyć. Tosh przywołam Leo i Aquarias- Gwiezdne duchy. Kolejni do walki. Gallardo, ponieważ posiada skrzydła, wzniósł się na nich i zaczął atak z powietrza. Wilki chwilowi zajęły się nim i w tedy my wkroczyliśmy. Wszyscy zaczęliśmy biec w stronę wrogów. Udało nam się zlikwidować pierwszych nieprzyjaciół. Rzucałam zaklęcia na lewo i prawo, gryzłam łapy lub szyje, skakałam po wrogach i słuchałam tylko ich pisków. Na początku szło nam w miarę dobrze. Drobne rany nic wielkiego, jednak później się zaczęło… Teraz większymi gromadami nas atakowały. Aquarias nie miała już siły więc wróciła do klucza. Leo jeszcze długo walczył, ale też wrócił. Gallardo za to oberwał w jedno ze skrzydeł i nie mógł już latać. Biała sierść Toshira była teraz czerwona, Ignis był nieźle poraniony bo poszedł w głąb… Ja też miałam kilka ran jednak biegłam w głąb za Ignisem. W końcu sam sobie tam nie poradzi. Szczerze nie wiedziałam co się dzieje. Wszędzie był pył, można było słychać jęki i krzyki, przekleństwa. Jedyne na czym się skupiłam to nie przewrócić się. Jednak to się nie udało. Nagle się przewróciłam. Przekręciłam się tak by być na plecach. Zobaczyłam jak Tosiek pada na ziemie i okrążają go wrogowie, zobaczyłam jak łapią Ignisa i szykują się by go zabić, zobaczyłam jak łapią Gallardo za skrzydła… Łza spłynęła mi po policzku. Okropny widok. Patrzeć jak twoi przyjaciele są okrążani, przez nieprzyjaciela. Myślałam, że to koniec. Że zginiemy i nie uratujemy watahy. Nagle skoczył na mnie jeden z obcych wilków. Wyszczerzył kły i powiedział do mnie:
- To wasz koniec.
Pogodziłam się z tą myślą. Wilk zamierzał ugryźć mnie w tętnice. Resztkami sił próbowałam go odepchnąć jednak to na nic. Nagle poczułam jak coś podobnego do fali ogarnia pole bitwy. Podmuch powalił na ziemie naszych wrogów czyli też powalił wilka który był nad mną. Podniosłam lekko głowę. Ujrzałam, że niedaleko stoją wszyscy bogowie i boginie. Iykos’a, Tora, Mizu, Myalo, Yuki, Tataki… Wszyscy! Moja Patronka Unmei również. To właśnie od nich pulsowała ta dziwna fala. Nagle wszyscy wrogowie zaczęli uciekać. No tak, w końcu z siłą bogów nie mieli szans. Teraz zobaczyłam co się działo na ziemi. Wokół można było zobaczyć martwe wilki. Ja jednak zamknęłam oczy i powoli wstałam. Chciałam podejść do patronów jednak upadłam na ziemie. Teraz poczułam jak mnie wszystko boli, jednak z wyczerpania straciłam przytomność. Nagle odzyskałam zmysły. Teraz nic mnie nie bolało. Otworzyłam powoli oczy. Zobaczyłam, że leże na białej posadce. Podniosłam lekko głowę i spojrzałam, przed siebie. Zobaczyłam, że na białym tronie siedzi Unmei.
- Witaj Riki- powiedziała. Nie sądziłam, że kiedyś spotkam swoją patronkę.
- W-witaj- rzekłam po czym się podniosłam powoli i usiadłam.
- Co ja tu robię?- zapytałam. Bogini uśmiechnęłam się.
- Postanowiłam, że skoro masz mnie za Patronkę, uleczę trochę twoje rany. Nie będą już takie jak były, a mniejsze- odpowiedziała.
- Dziękuje ci bardzo- rzekłam do patronka. Ta jeszcze raz się uśmiechnęła, jednak ja znowu straciłam przytomność. Obudziłam się w jaskini Meredith. Wokół mnie leżała większość wilków które brały udział w walce. Wszyscy po pewnym czasie się obudzili i wszyscy mieli na sobie bandaże. Niektórzy mniej, niektórzy więcej. Trudno w to uwierzyć, ale wszyscy się śmialiśmy, opowiadaliśmy jak pokonywaliśmy przeciwników i jak my też upadaliśmy. Mei za to sprawdzała czy z każdym jest dobrze po czym usiadał przy nas. A co do bitwy no nigdy bym nie sądził, że będę walczyć w ogromną ilością wilków tylko z trzema sprzymierzeńcami (z pięcioma, jeśli licząc Gwiezdne duchy Toshira). Nigdy bym nie sądziła, że na pomoc w bitwie przyjdą bogowie. Nigdy bym nie sądziła, że po walce z wrogiem na moim pyszczku zawita szybko uśmiech.


KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon
NewMooni
SOTT